JESIENNA REWOLUCJA
FALL REVOLUTION TOM2
KAMIENNY KANAŁ THE STONE CANAL
KEN MACLEOD Na podstawie wydania TOR, Nowy Jork, 2008
przetłumaczył i opracował: Jacek Hummel
Tłumaczenie jest dostępne na licencji
Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe
Warszawa, 2021
a fall revolution novel
reStOT(
7 gm | m <=
(e [Ble
'Prose sleek and | the technology it describes' 74 T . HAMILTON ) Z (
Dla Sharon i Michaela
— mamy pewność, że materia we wszystkich swoich prze- mianach pozostaje wiecznie ta sama, że żaden z jej atrybu- tów nigdy nie może zaginąć, a więc, że z tą samą żelazną koniecznością, z jaką materia wytrzebi kiedyś na Ziemi naj- wyższy swój wytwór — myślącego ducha — z tą samą ko- niecznością będzie musiała zrodzić go ponownie w innym miejscu i w innym czasie.
Fryderyk Engels, Dialektyka Przyrody]
! cyt. z Wprowadzenie, (1883), zob. https: //www.marxists.org/ polski/marks-engels/1883/dial_prz/index.htm- przyp.tłum.
Podziękowania
Kamienny Kanał w Trzynastym
Powieść ta obecnie może mieć czytelników młodszych niż ona sama. Pierwszy raz została opublikowana w 1996, jej wyobrażona przyszłość od razu zaczęła odpływać z biegu historii, zanim wszystkie kompasy i zegary zostały zreseto- wane w 2001. Trzy rozdziały osadzone są w realnej prze- szłości, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dzie- więćdziesiątych, a dla niektórych czytelniczek te muszą być dziwniejsze niż te osadzone w przyszłości. Czy ktokolwiek wtedy myślał, że wkrótce będzie rewolucja, albo wojna ją- drowa, albo, że Internet sformatuje świat? Cóż, tak, niektó- rzy z nas tak myśleli.
Przeczytaj moje wprowadzenie do Gwiezdnej Frakcji dla przyczyn,dla których kolejne idee, rewolucji, wojny, osobli- wości, tak typowe dla tych trzech dekad miały sens w tam- tych czasach, nawet jeżeli nie mają obecnie. Wystarczy już o polityce i historii. Co mnie uderza, przy ponownym czy- taniu Kamiennego Kanału, to jak osobista jest to książka. Miłość i przyjaźń, która trwa przez dekady, nawet wieki, jest główną osią fabuły. Jeszcze dziwniejsze niż to, trwają one przez platformy hardware i przerwę pomiędzy różnymi
Podziękowania
typami umysłów: fizyczna Dee i wirtualną Meg, forma jest ludzka, ale oba umysły są sztuczne.
Jest w tej książce wrażliwość, która nie byłaby, jak są- dzę, możliwa przed latami dziewięćdziesiątymi, a której nie miałem jak odkryć. — Wszystko jest analogią, interfejs — mówi nam Wilde — jaźń sama ma okna — przez które rozu- mie Windowsy. Później upada i jest złapany przez Meg „mój drogi, słodki system operacyjny”. Różnica pomiędzy ludz- kim a maszynowym jest złamane, w każdym sensie. Wilde odnajduje się w Świecie, którego reguły napisał, ale gdzie ta różnica — o której wie, że została złamana — jest niepisanym prawem, które ubezpiecza wszystkie inne. Jeżeli prawa wła- sności, jak mówi narrator nam i Wilde kiedyś mógłby się zgodzić, to „co ludzie zgadzają się, by ludzie robili z rze- czami”, co dzieje się z rzeczami, które się nie zgadzają? A jeżeli jesteś jedną z tych rzeczy, kim się stajesz?
Te pytania nie były nowe i mogły w praktyce nigdy nie zaistnieć, ale natarczywość, z jaką są podnoszone, nie jest zbyteczna. Informacja ciągle chce być wolna. Jednak co mnie uderza, przy ponownym czytaniu, jest to, jak pilne jest po- nowne przeżywanie wspomnień dawnych bitew, których wy- nik jest znany. Zdanie po zdaniu ma melancholijny rytm przypominania. Każda postać, do którego umysłu mamy do- stęp od Środka, jest, lub była, maszyną. Wszyscy są zali- czeni do zmarłych. W tym lub innym momencie wszyscy będziemy. To nie stoi w sprzeczności z nadzieją, którą utrzy- muje Wilde, że uda nam się dotrzeć na statki. Niektórzy z nas jeszcze mogą. Ciągle możemy mieć nadzieję, że uda nam się bez stawania się potworami, ale nie, myślę, bez sta- wania się czymś innym niż człowiek.
Podziękowania 6
Nie chcę, żebyście myśleli, że to wszystko sprawia, że książka jest poważna. Powieść była napisana z żarliwymi nadziejami, szczęśliwymi wspomnieniami i entuzjazmem ucze- nia się pisania programów tak jak książek. Traktuje ona wszyst- kie te ponure rzeczy, ludzką kondycję, starzenie się, straty i śmierć, jako ostatecznie rozwiązywalne problemy, patrząc wstecz z pewną nostalgią, z wyobrażonych czasów, kiedy zostały rozwiązane. Czasów, kiedy wszyscy umrzemy, tak, ale od kiedy to wstrzymywało nas od patrzenia w przyszłość?
Brian Aldis argumentował, że pierwszą prawdziwą po- wieścią fantastyczno-naukową był Frankenstein. Nie myśla- łem o tym micie, gdy pisałem tę książkę, ale patrząc wstecz, widzę, jak DNA się replikuje: Wilde staje się zarazem Fran- kensteinem i Stworem, Dee i Annette pretendują do bycia Panną Młodą, a wszyscy spotykają Wilkołaka. To jest spo- sób odczytania, jako gwałtownego romansu. Ponieważ musi być coś gotyckiego w powieści, której pierwsze zdanie brzmi (zobacz dalej):
Część I
MASZYNERIA WOLNOŚCI
Rozdział 1
Równoważnik Człowieka
Obudził się i pamiętał umieranie.
Jego oczy i usta otworzyły się i wciągnął długi, szorstki wdech rozrzedzonego powietrza. Nogi kopnęły, a palce za- szurały w piasku. Potem jego kończyny się rozciągnęły się i leżał spokojnie. Każdy wdech był prędki, jak gdyby podej- rzewał, że następny mógłby być jego ostatnim. Jego palce wbiły się w ziemię, gdy patrzył prosto w górę na głęboko-niebieskie niezgłębione niebo.
Przetoczył się, podniósł się z trudem na nogi i rozejrzał się dookoła. Stał na niższym zboczu niskiego wzgórka po- nad kanałem. Kanał miał jakieś dwadzieścia metrów sze- rokości. Ziemia na kilkuset metrach po obu stronach była rzadko pokryta trawą i krzewami. Poza tym ziemia była czer- wonawego koloru.
Mężczyzna patrzył w górę i w dół Kanału. Kanał biegł od horyzontu do horyzontu, linia błękitu pośrodku pasa zie- leni, przepoławiając wielkie koło czerwieni pod kopułą nie- bieskiego. Niedaleko zenitu nieba świeciło małe i jasne słońce. Mężczyzna spojrzał się na nie, potem podniósł ramię z wy- ciągniętym kciukiem, jak gdyby w powitaniu. Przesunął pięść
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
z wyciągniętym kciukiem do przodu i tyłu, patrząc jednym okiem wzdłuż ramienia. Uśmiechnął się i skinął głową.
Kilka metrów w górę stoku z miejsca gdzie stał, zbo- cze było rozbite, pokazując skałę pod cienką warstwą gleby i korzeni. Pomiędzy rozbabranymi, poszarpanymi głazami leżała elipsoidalna kapsuła, na metr długa, pół metra szeroka i na dwadzieścia pięć centymetrów wysoka. Górna i dolna połowa były identyczne i zwierciadlane. Pomiędzy nimi była jakiegoś rodzaju środkowe pasmo, gdzie mogły być dojrzane powierzchnie nieostre, na zawiasach lub łączone. Mężczy- zna podszedł i obejrzał to ostrożnie. Potem przysunął się bliżej, jak gdyby z zamiarem zbadania, i nagle się odwrócił.
Zbiegł w dół do krawędzi Kanału i stał, patrząc na kap- sułę przez kilka minut. Zdjął swoje ubranie — buty, skarpetki, ocieplana kurtka, spodnie, podkoszulkę i spodenki — i zaczął poruszać dłońmi nad swoim ciałem, jak gdyby mył się bez wody. Potem założył swoje ubrania i podszedł stokiem do kapsuły.
Położył ręce na biodrach i zmarszczył brwi. Otworzył usta, zamknął je, rozejrzał się i wzruszył ramionami.
— Nazywam się Jon Wilde — powiedział. — Kim jesteś? — Nie wyglądał ani nie brzmiał, jak gdyby oczekiwał odpo- wiedzi.
— Jestem maszyną równoważną człowiekowi — powie- działa kapsuła, próbując mówić miłym i konwersacyjnym głosem. Mężczyzna lekko podskoczył.
— Zamierzam wstać — dodała maszyna równoważna czło- wiekowi. — Proszę, nie przejmuj się.
Jon Wilde odszedł na kilka kroków, jego buty strącały kamyki i żwir w dół stoku. Klikające, zgrzytliwe dźwięki
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 10
dobiegły od maszyny, gdy cztery metalowe kończyny roz- winęły się z centralnej partii. Wyglądały identycznie, z pa- zurami, nadgarstkami lub kostkami, łokciami lub kolanami. Dwie kończyny obróciły się i przesunęły się w dół, wbi- jając łączone komponenty na ich końcach w ziemię. Ma- szyna wyprostowała swoje kończyny i zabujała na stopach, jeżeli mogą być tak nazwane. Stała na wysokość około po- łowy wysokości mężczyzny, jej postawa i proporcje nieja- sno sugerowały mężczyznę biegnącego w bojowym kuca- niu, głowa w dół.
Wilde spojrzał z góry na nią.
— Gdzie jesteśmy ? — spytał.
— Na Nowym Marsie — odpowiedziała Maszyna.
— Jak się tutaj znalazłem?
Nastąpiła około minutowa cisza. Wilde skrzywił się, ro- zejrzał się, pochylił się do przodu, gdy Maszyna przemówiła ponownie:
— Stworzyłem Cię.
Maszyna się odwróciła i odeszła.
Wilde rzucił się za nią.
— Gdzie idziesz?
— Miasto Statku — powiedziała Maszyna. — Najbliższa ludzka osada. — Zatrzymała się na chwilę. — Poszłabym tam, gdybym była Tobą.
>k kk Maszyna równoważna człowiekowi i mężczyzna, któ-
rego podobno stworzyła, poszli razem brzegiem Kanału. Co jakiś czas Mężczyzna odwracał głowę i patrzył na Maszynę.
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 11
Raz lub dwa otworzył już usta, ale zawsze znowu się odwra- cał, jak gdyby pytanie lub uwaga w jego głowie były zbyt śmieszne, żeby je wypowiedzieć.
Po godzinie i dwudziestu minutach Mężczyzna się za- trzymał. Maszyna zatrzymała się po kilku krokach i stała bujając się lekko na jej metalowych nogach.
— Jestem spragniony — powiedział Mężczyzna. Woda w Ka- nale była leniwa, nakrapiana zielonymi algami. Wskazał ją oczami z powątpiewaniem. — Wiesz może, czy to można pić?
— Nie można — powiedział Maszyna. — I nie mogę jej oczyścić bez zużycia ilości energii, którą wolałbym zacho- wać. Jednakże mogę cię zapewnić, że jeżeli będziesz szedł, może z okazjonalnym odpoczynkiem, będziesz pił w Mie- ście Statku dzisiaj wieczorem.
— Marsjańskie bary? — powiedział Wilde i się roześmiał. — Zawsze chciałem posiedzieć w marsjańskich barach.
Kolejna godzina minęła i Wilde powiedział:
— Hej, widzę to!
Maszyna nie musiała się go pytać. Bez zmiany kroku, gładko rozsunęły się nogi, aż szła z kapsułą prawie na wy- sokości głowy Mężczyzny i zobaczyła to, co Wilde widział: poszarpane nieregularności na horyzoncie.
— Miasto Statku — powiedziała Maszyna.
— Zróbmy przerwę — krzyknął Mężczyzna, podganiając, żeby dotrzymać kroku. — Nie ma potrzeby iść jak marsjańska machina bojowa.
Równy krok Maszyny się nie zmienił.
— Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje — powiedziała. Męż- czyzna dogonił ją i maszerowali koło siebie.
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
— Podoba mi się to — dodała po chwili Maszyna. — „Jak marsjańska machina bojowa”. Ha ha.
Jej śmiech wymagał pracy, jeżeli miałby brzmieć jak ludzki.
Szli dalej. Ich cienie wydłużały się przed nimi, a miasto powoli pojawiało się nad horyzontem, który, dla Mężczy- zny, był nieznajomy, lecz nie niespodziewanie bliski. Nie- regularności różnicowały się w wysokie, jeżące się wieże połączone łukami i smukłymi, wygiętymi mostami. Kopuły i bloki stały się widoczne pomiędzy wieżami, pośród któ- rych matowa inkrustacja mniejszych budynków rozkładała się z miasta, przyćmiona niską mgłą.
Małe słońce zaszło za nimi, a w ciągu piętnastu minut otoczyła ich noc. Mężczyzna zatrzymał się i Maszyna się zatrzymała.
Jon Wilde obrócił się kilka razy, rozglądając się od ze- nitu do horyzontu i z powrotem jak gdyby szukał czegoś, co mógłby rozpoznać. Nic nie znalazł, w końcu spojrzał na Maszynę, niewyraźną w Świetle gwiazd, która odbijały się jak szron od jej kadłuba i boków.
— Jak daleko? — Słowa wyszły z suchych ust. Poma- chał dłonią na rozjarzone, marznące, zatłoczone niebo. — Jak długo?
— Hej, Jon Wilde — powiedziała Maszyna. Teraz mówiła poprawnym tonem konwersacyjnym. — Gdyby wiedział, to bym ci powiedział. Ta sama spirala, inne ramię, z tego, co wiem. Mówimy tutaj o wspomnieniach, człowieku, mówimy tutaj o czasie geologicznym.
Dwa byty medytowały siebie przez chwilę, potem po-
12
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
śpieszyły ostatnie kilka kilometrów do mnożących się Świa- teł Miasta.
>k kk
Stras Cobol, przy Kamiennym Kanale. Część ludzkiej Dzielnicy. Dobre miejsce, żeby się zgubić. Systemy inwigi- lacji integrowały widok...
'Trzykilometrowy pas ulicy, brzeg Kanału z jednej strony, budynki po drugiej stronie, ich wysokość jak wykres słup- kowy wartości nieruchomości w długim spadku od wyso- kich wież centrum do niskich slumsów na krańcu miasta, gdzie wpada czerwony piasek z pustyni i rodzinne zakłady fuzyjne błyszczą w ciemnościach. Na tej samej trajektorii handel wylewa się wzrastająco zza Ścian i okien, na stra- gany na chodniku i tace straganiarzy. Na całej długości ulicy energicznie przepychają się ludzie i maszyny, niektórzy pra- cujący, inni wypoczywający, gdy Światło zanikało na niebie.
Pomiędzy wszystkimi twarzami w tłumie, coś skupia się na jednej z nich. Kobieca twarz, śledzona krótko, gdy prze- dziera się pomiędzy innymi ciałami na ulicy. Procedury ewa- luacji systemu kategoryzują sprawnie jej wygląd: widoczny wiek około dwudziestu, wzrost około metra sześćdziesiąt — dobrze poniżej średniej — masa lekko powyżej średniej. Jej wzrost jest podwyższony w obrębie normalnego zakresu przez buty na wysokim obcasie, jej figura podkreślona prąż- kowanym swetrem z długimi rękawami i wąską spódnicą, zręcznie rozciętą, że nie utrudnia jej szybkich kroków. Włosy do ramion, grube i czarne, kołyszą się dookoła twarzy pięk- nej i niezapomnianej, ale nie włączającej żadnych przełącz- ników w estetyce skalarnej Systemu, szerokie policzki, pełne
13
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
usta, duże oczy z zielonymi tęczówkami i nagle wąskimi, zerującymi się źrenicami, które patrzą prosto na ukryte so- czewki, które ją oglądały. Jedno oko zamyka się w czymś, co wygląda jak mrugnięcie.
I nagle jej nie ma. Zniknęła z widoku Systemu, jest tylko zamazaną anomalią, unoszącym się pyłkiem na jego wizji i niepokój przemija w jego umyśle, gdy uwaga jest skutecz- nie odwrócona przez właściciela straganu kierującego po- jemnikiem na gorący olej przez pobliskie skrzyżowanie bez wymaganej ostrożności i uwagi i włącza się program „mamy potencjalny problem przed sobą”...
>k kk
Jednak ona ciągle tam jest, ciągle idzie szybko, a my cią- gle jesteśmy z nią, z powodów, które kiedyś staną się jasne. Jesteśmy w jej przestrzeni, w jej czasie, w jej głowie.
Jej piękna mała głowa zawiera i ukrywa prawdziwie neo- marsjański umysł, intelekt rozległy, chłodny i bezduszny, jak powiedział Mężczyzna, i właśnie teraz jest w trybie bojo- wym. Uruchomiła Szpieginię, nie Żołnierkę, ale Żołnierka tam jest, gotowa się włączyć na pierwszą oznakę kłopotów. Ruch ciała jest obsługiwany przez Sekretarkę, w trybie wol- nego czasu: jej krok to pośpiech „spóźniam się na randkę” i jak na razie działa dobrze. Prócz tego, że szła dalej i szyb- ciej niż jakakolwiek dziewczyna, która normalne by szła w takich okolicznościach, a skóra nad ścięgnem Achillesa ściera się do krwi. Włącza podprogram Chirurżki i ból prak- tycznie się wyłącza.
Pozwala sobie na rozproszony blask przyjemności za wy- krycie i odwrócenie uwagi systemu inwigilacji. Jej praw-
14
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
dziwe niebezpieczeństwo, wie o tym, pochodzi z ludzkiej pogoni. Nie może spojrzeć do tyłu, ponieważ nie śmiała włączyć sonaru i radaru, ale używa każdej innej wskazówki, która wpada jej w oko. Każde echo, każde odbicie: w oknach, kawałkach złomu i błyszczących zderzakach pojazdów, na- wet w siatkówkach ludzi idących w przeciwnym kierunku, wszystko buduje jej dookolne pole widzenia. Ciągle aktu- alizowany, niesynchroniczny palimpsest, gdzie ludzie i po- jazdy w 3D i pełnym kolorze przechodzą z jej stożka widze- nia do szerszej sfery, gdzie stają się nierównymi postaciami z kreskówek, szkicami sporadycznie zablokowanymi w ko- lorze, gdy kawałek szczegółu błyska z przodu do tyłu. (Mo- głaby utrzymać renderowanie koloru, gdyby chciała, pozwo- lić wirtualnej i widocznej rzeczywistości bezszwowo się sca- lić, ale nie ma mocy obliczeniowych do stracenia. Szpiegini jest wymagającym narzędziem i zjada zasoby).
15
Zaznacza ostrzeżenie, niesubtelne czerwone strzałki wska-
zujące na jedną z twarzy, potem kolejną, obie daleko za nią. Rzuca zbliżenie na te odległe kropki, rozszerzając je do cze- goś rozpoznawalnego, i rozpoznaje je. Dwóch mężczyzn, dwóch goryli zatrudnionych przez jej właściciela. Ich na- zwiska nie są w pliku, ale widziała ich w przelocie w róż- nych okresach przez lata.
Szpiegini analizuje ich ruch i zgłasza, że jeszcze jej nie odkryli: szukają, nie śledzą. Jeszcze nie.
Widzi znak baru zbliżający się na jej lewej, „Mila Mal- leya” wypisane musującym tęczowym neonem. Szczęśliwie, najbliższy zbliżający się pieszy jest potężny i idzie blisko boków budynków. Pozwala dwóm metrom trzydziestu, dwu- stu kilogramowej masie giganta minąć ją, jedyną wartą za-
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 16
uważenia rzeczą o nim jest niewłaściwy kwietny zapach szam- ponu, który ostatnio używał na pomarańczowej skórze —i gdy zasłania jakikolwiek widok jej od tyłu — wpada przez drzwi.
To miejsce jest śmieciowym, tandetnym pubem. Dużo drewna i metalu. Muzyka jest dudniącym hałasem w tle, jak maszyny. Wentylacja nie radzi sobie z dymem i ktoś już miał makową fajkę. Ryby słodkowodne są grillowane gdzieś z tyłu. Niski sufit, przyćmione światła. Jej wizja do- pasowuje się bez mrugnięcia i jest dzień, plus minus dziwna długość fal. Szpiegini przejmuje dowodzenie na obserwa- cję, drugie, długie obejrzenie pomieszczenia. Wykrywa in- wigilację, oczywiście, ale to tylko własny system zajazdu, dokładnie tak mądry i niebezpieczny jak pies. I tak je pin- guje, zostawiając system z niskomocowym przekonanie, że ta osoba, która właśnie weszła, jest miła i właśnie poklepała po głowie i może być od teraz bezpiecznie zignorowana.
W „Mili Malleya” jest kilka tuzinów ludzi: pracownicy farm, mechanicy na stołkach barowych i pracownicy biu- rowi, w większości młode kobiety, dookoła okrągłych sto- łów. Wyglądają jakby przyszły tutaj na drinka w drodze do domu po pracy i zostały na kilka więcej. Dobrze. Zauważa ogłoszenie: żadnej ukrytej broni. Wyjmuje pistolet z torebki, którą nosi, i przylepia go do pasa sukienki, podchodzi do baru. Dziewczyny dookoła stołu zauważają ją, mężczyzna na stołku zauważa ją, ale to dlatego, że jest piękna, nie dla- tego, że wygląda nie na miejscu.
Barmanem jest kolejny gigant, jakiś wzmacniany inte- lektualnie gigantopitek lub cokolwiek (nigdy nie miała oka- zji uporządkować rodzajów człowiekowatych), który smut- nie opiera się na łokciach, nadgarstki wiszące nad krawędzią
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
baru. Odwraca się od gladiatorów na telewizorze i uśmiecha się do niej, lub w każdym razie odsłania żółte kły.
— Ta? — Dark Star, proszę.
Bez wstawania barman sięga po butelki i miesza rum i colę. — Lyd?
— Tak, proszę. — Jest ostrożna ze szczelinowymi gło- skami. Trudno się oprzeć impulsowi do naśladowania (wła- Ściwie to błąd w Szpiegini). Pozwala Szpiegini zająć się pro- cesem płacenia, wybrania właściwego brudnego banknotu z jej zwędzonej kolekcji weksli. Wartościami złota może się zajmować w dowolnej ramie umysłu, ale zbiory, części ma- szyn, ziemia i czas pracy są obce dla większości z nich.
Lód stuka, gdy zabiera drinka do niezajętego stolika naj- bliżej najdalszej Ściany. Siada plecami do tej Ściany. Kła- dzie torebkę i pistolet, od niechcenia, na stole. Sączy drinka, zapala papierosa i obserwuje drzwi, jak gdyby czekała na przyjście przyjaciół lub sympatii.
Dwie fotograficzne twarze, obecnie unoszące się w jej oprogramowaniu rozpoznawania wzorów i celowania, mogą wejść przez te drzwi w każdej minucie. Jeżeli ma szczęście, nie wiedzą, że jest uzbrojona. Prawie na pewno nie wie- dzą o Szpiegini, Żołnierce i wszystkich innych programach, które załadowała. Oczekują Sekretarki, Seks, i Samej, które pomiędzy sobą nie potrafią zdziałać nic więcej niż kopnię- cie, ugryzienie czy podrapanie. Mogą sobie z tym poradzić, a co do innych tutaj... gdy tylko goryle pokażą swoje do- kumenty, klienci będą obserwować, jak ją wyciągają z tego
17
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 18
miejsca z całą empatią, solidarnością, współczuciem i tro- ską, jaką okazaliby odzyskaniu ukradzionego pojazdu.
Niemniej są ludzie w tej dzielnicy, którzy nie traktują rzeczy w ten sposób, i jeżeli faceci od odzyskiwania nie wejdą i nie odnajdą jej, lub jeżeli wejdą, ale ucieknie, to zacznie szukać ludzkich sojuszników na uliczkach z tyłu.
To wszystko, co może być. Jej właściciel mógł już od- kryć, jaki hardware i software zapakowała, i może wysłał kogoś, lub coś, groźniejszego po nią.
Patrzy się na drzwi, a palce trzyma blisko pistoletu.
— Mówią tu po angielsku?
Wilde szurnął nogą powierzchnię Ścieżki na brzegu ka- nału — zmieniła się od zdeptanego pyłu do paska stopionego piasku, który rozszerzył się i połączył z ulicą przed nimi, stała droga stworzona z tego samego materiału, jak gdyby palec boży narysował linię z kosmosu — i czekał na odpo- wiedź maszyny.
Miasto rozrosło się na horyzoncie, gdy się zbliżali, w końcu w potężne, nieostro, wyglądającą organicznie, zbieraninę strze- listych ostrych wież, ich widoczna struktura jak wnętrze ko- Ści lub szkielety stworzeń morskich, ich zarysy podkreślone przez światła. To, co wyglądało z dystansu jak jakieś ma- towe podszycie, okazało się teraz peryferiami niskich bu- dynków, które, w odróżnieniu od slumsów, które znał Wilde, wydawały się rozciągać się przez Środek miasta, na którego krawędzi teraz stali. Po lewej i prawej były pola. Masywne poruszające się obecności maszyn na tych polach były je- dynym ruchem, na który dotychczas natrafili. Światła ich minęły, ale było trudno powiedzieć, czy były naturalne, czy
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
sztuczne. Raz, coś ogromnego, cichego i pozostawiającego zielony powidok lub ślad, rzuciło się nad ich głowami, and miastem i błysnęło dalej z odległości.
— Wodospad — wyjaśniła Maszyna, nieprzydatnie.
Teraz przeniosła się na stopy i odpowiedziała na pytanie Wilde 'a.
— Będziesz zrozumiany — powiedziała z wahaniem. — Angielski jest dominującym językiem. Twoje słownictwo i ak- cent, tak jak mój, mogę dodać, może wydawać się nieco oso- bliwe.
— Zanim pójdziemy dalej — powiedział Wilde, jego wzrok przeskakiwał od budynków pod pierwszymi lampami przed nimi do maszyny — musisz mi parę rzeczy wyjaśnić. Pierw- sze, czy normalnym jest rozmawianie z maszyną? Mam na myśli, czy...roboty? ...takie jak Ty są tutaj powszechne?
— Możesz tak powiedzieć — powiedziała sucho Maszyna.
— Ok. Następna sprawa na liście, jeżeli o mnie chodzi, to załatwienie czegoś do picia, jedzenia oraz miejsca do spania. Czy dobrze myślę, że będę musiał za to zapłacić?
— O tak — powiedziała Maszyna.
— A przypadkiem nie masz jakichś pieniędzy schowa- nych w tej Twojej skorupie?
— Nie, ale mogą zrobić więcej niż to. Widzisz ten drugi budynek wzdłuż drogi? To bank spółdzielczy.
Wilde nic nie powiedział, choć otworzył usta.
— Pamiętasz co to takiego, prawda?
Wilde się roześmiał.
— Więc dostanę gotówkę, zastawiając moją własność? — Wskazał na swoje ubrania, które miał na sobie. — To niedużo pomoże...
19
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 20
Maszyna wydała godną symulację uprzejmego kaszlnię- cia.
— Och. — Wilde spojrzał na nią z nowym, spekulacyjnym zainteresowaniem. — Rozumiem.
Ruszył wzdłuż drogi, przed Maszyną po raz pierwszy, od kiedy się poznali. Maszyna szarpnęła w ruch za nim.
— Tylko nie zrozum tego źle — powiedziała, jej głos tak sztywny, jak chód.
Jedna z dziewcząt przy najbliższym stoliku dawało po- kaz piosenki pubu z autentycznym, strasznym akcentem, peł- nym ckliwej tęsknoty.
- Kebych mog przejść przez tęcza
kero Świyci bez Mila Malleya...
Jaźń wie, że Mila Malleya jest realnym miejscem, i że oba, poczucie straty i efekt tęczy, odnoszą się do aspektów jej rzeczywistości, która. .. dziwnie, albo czy to tylko część programu? ...sprowadza łzy do nawet jej chłodnych oczu. Naukowczyni jęczy o tym, ale nie chce wiedzieć o tym teraz.
Właśnie usadowiła się z trzecim drinkiem, zamieniając alkohol prosto w energię, ale pamiętając, żeby symulować wpływ, kiedy drzwi otwierają się z grzmotem i wchodzi dziew- czyna, która na pewno nie jest pracownicą biurową decydu- jącą się rozpocząć tutaj weekend.
Jest wysoka i szczupła, choć jej kamizelka kuloodporna sprawia, że wygląda obszernie. Wąskie dżinsy, trampki, wielki automat w kaburze na biodrze. Na drugim biodrze opiera dużą torbę z paskiem wrzynającym się w jej ramię. Krótkie blond włosy leżą gładko na czaszce. Twarz zbyt chuda, żeby być ładna. Główna rzecz działająca na jej korzyść to jej ja-
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
sne niebieskie oczy i wielki uśmiech, który w tym momencie zwrócił się na mężczyzn przy — oraz mężczyznę za — barze.
Podchodzi do baru i zamawia piwo, i gdy je pije, roz- mawia z jednym lub drugim facetem, a kiedy rozmawia, sięga do swojej wielkiej torby i wyciąga Świeżo wygląda- jącą gazetę i starannie liczy monety, od mężczyzn, którzy je biorą. Niektórzy z nich biorą je, jakby chętnie je czytali, inni z pokazem niechęci i przekomarzaniem się, ale więk- szość potrząsa głową, lub wzrusza ramionami i wraca do ich własnych rozmów i oglądania ekranu telewizora, gdzie ktoś właśnie rozpoczyna strzelaninę. Przez cały czas dziewczyna co chwilę rozgląda się po sali w sposób, który rozdziera Szpieginię pomiędzy podziwem nad dyskretnym sposobem wykonania i lękiem, że patrzy na kogoś całkiem bliskiego małego serca Szpiegini, mianowicie Samej.
Dziewczyna przy barze rozmawia z mężczyznami przez kilka minut, potem od niechcenia schodzi ze stołka i bierze garść papierów, próbując sprzedać je dziewczynom z biura. Odnosi sukces tylko przy jednym stole, a potem idzie do ostatniego stołu, gdzie samotnie siedzi ciemnowłosa kobieta.
Strzał odbija się echem. Dwie ręce szarpią się w kie- runku pistoletów, potem cofają się, gdy nierówne wiwaty z ekranu oraz od widzów wskazuje, że to była wymierzona kara śmierci.
A potem, uśmiechając się i potrząsając głową, ona stoi tam patrząc w dół.
— Nerwowe dzisiaj jesteśmy, co? — mówi.
Szpiegini i Zołnierka są w istocie nerwowe, przepycha- jąc się o posiadanie, a wszystko, co Szpiegini może zrobić
21
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 22
to zmodulować ostrą komendę Żołnierki w gładką, cichą prośbę: — Po prostu nie stój pomiędzy mną a drzwiami. Wysoka kobieta rozsądnie robi krok w bok. Patrzy zdzi- wiona, ale nie odchodzi. Cześć — mówi. — Nazywam się Tamara. A Ty?
Sama przejmuje. Trzyma jej ręce, gdzie są. Dee — mówi. — Dee Model.
— Ach — odpowiada Tamara. — Rozumiem. — Jej oczy lekko się rozszerzają, gdy to mówi, potem patrzy w bok, jak gdyby, przez chwilę, była w rozterce. — Mogę się przysiąść?
Dee wskazuje jej, żeby po prostu to zrobiła. Siada po prawej stronie Dee, pomiędzy nią a barem.
— Co to za gazeta, którą sprzedajesz? — pyta Dee.
Tamara przesuwa kopię przez stół. Na winiecie jest napi- sane Abolicjonista w dziwnej, nieregularnej czcionce z ostrymi szeryfami. Artykuły, które Szpiegini asymiluje w około dwie sekundy i które stopniowo przesącza do Samej, są dziw- nym miksem: wiadomości o sporach pracowniczych, arty- kuły techniczne o asemblerach, reaktorach i tak dalej, jakieś kolumny paranoicznych plotek o działaniach różnych waż- nych osób, w których nazwisko właściciela Dee pojawia się tu i tam, oraz długie, chaotyczne, teoretyczne szpalty o inte- ligencji maszyn.
Dee odkłada ją, wydaje się, że rzucając tylko zwykłe, powierzchowne spojrzenie. Zastanawia się przez chwilę, czy to nie pułapka, ale Szpiegini myśli, że to mało prawdopo- dobne: to są dokładnie tego rodzaju idee, które miała na- dzieję odnaleźć w tym rejonie, i jest oczywiste, że popar- cie Tamary dla nich jest całkowicie znajome, może z rezy-
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
gnacją, dla osób dookoła niej. (To, że ci dookoła niej mogą być częścią jakiegoś rozbudowanej pułapki, nie zastanawia Dee, ani nawet Szpiegini: choć ich tło jest bogate w intrygi i zdrady, brak im rozgałęzionej konspiracyjnej wyobraźni, która byłaby ich drugą naturą, gdyby żyli w państwie). Dee próbuje nie pokazać dzikiej nadziei w głosie.
— Czy uważasz, że maszyna równoważne człowiekowi są, cóż, równoważne człowiekowi? Że mają prawa?
— Och oczywiście — odpowiada Tamara. — A Ty nie?
— Hmm — mówi Dee. — Pozwól mi postawić ci drinka.
Kiedy wraca, niesie torbę Tamary. Wsuwa ją pod stół i kładzie pistolet z powrotem na stole. Tamara gestem odma- wia ofercie papierosa. Dee zapala i pochyla się blisko. Żoł- nierka zajmuje drugie miejsce od Szpiegini, która nie lubi tego, co się dzieje. Wszystko, co może zrobić Szpiegini to upewnić się, że nikt nie podsłucha. Kolejna sonda w elek- tronikę sali i głośność muzyki wzrasta o kilka decybeli.
— Jestem maszyną — mówi Dee.
"Tamara oczywiście to podejrzewała, z samego imienia, ale tak samo oczywiście nie do końca w to wierzyła.
— Mogłabyś mnie oszukać, dziewczyno — mówi.
Dee wzrusza ramionami.
— Większość mojego ciała wyrosła w kadzi, czy coś. Większość mojego mózgu jest sztuczna. Technicznie i legal- nie jestem odmóżdżonym klonem kierowanym przez kom- puter. Zaden komponent nie jest niczym innym jak obiek- tem, ale ja czuję się jak osoba.
Tamara energicznie kiwa głową, w sposób, który robią ludzie.
23
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 24
— I potrzebuję Twojej pomocy — dodaje Dee. — Uciekłam i agenci mojego właściciela szukają mnie na tej ulicy.
Głowa Tamary przestaje się ruszać, a jej usta się otwie- rają.
— O kurde — mówi.
Dee patrzy się na nią.
— O co chodzi? — pyta. — Czy to nie jest to, co chcesz? — Rzuca spojrzenie na Abolicjonistę. — Czy to jest wszystko...
Tamara zamyka oczy na chwilę i lekko potrząsa głową.
— To nie tak — mówi, wyglądając na zawstydzoną. Układa palce do boków nosa i mówi cicho w tę wystarczającą ma- skę. — Oczywiście pomogę Ci... Pomożemy Ci. To tylko. ..to nie jest główna sprawa, którą się zajmujemy, wiesz? Prze- konaliśmy kilku ludzi do uwolnienia maszyn, ale maszyna samo się uwalniająca nie zdarza się zbyt często. Tak czy inaczej, nie żebyś gdzieś o tym usłyszała. — Uśmiecha się znowu, z powrotem na torach. — Chcesz o to walczyć?
— Jestem gotowa na dowolny rodzaj walki — mówi Dee. — Kto to „my”?
— Pół ulicy pełnej anarchistów — mówi Tamara.
Dee nie rozumie, co to znaczy, dokładnie, ale brzmi obie- cująco, szczególnie w sposób, w jaki mówi to Tamara.
— Czy możesz zapewnić azyl? — pyta Dee.
— Najprawdopodobniej jesteśmy Twoją najlepszą opcją — mówi z roztargnieniem Tamara. — Nigdy nie odbyła się do- bra walka w tej sprawie. To byłoby coś, być tymi, którzy to zaczną. Cholerne piekło. To mogłoby wstrząsnąć Miastem, całą przeklętą planetą!
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 25
Dee próbuje wymyślić powód, dlaczego tak miałoby być, ale oprócz odrobiny machania ręki od Naukowczyni wydaje się, że nie ma żadnych informacji w pliku.
— Dlaczego? — pyta.
"Tamara patrzy się na nią.
— Jesteś zdecydowanie maszyną — mówi, uśmiechając się przez jej dłoń. — Albo znałabyś odpowiedź.
Dee zastanawia się nad tym, próbując sformułować wy- powiedź z samych podpowiedzi Naukowczyni.
— To z powodu szybkiego ludku, prawda? — sugeruje by- strze. — A Nieożywieni?
Brwi Tamara unoszą się szybko na ułamek sekundy.
— To mądre zmartwienie — mówi. — To głupie zmartwie- nia są prawdziwym problemem... Myślę, że to odkryjesz. Jednak. Agenci pewnie trzymają się na zewnątrz?
Dee myśli o tym.
— Nie — mówi. — Nie teraz. Jednak mogą być inni.
Tamara dopija napój.
— Chodźmy — mówi.
Właśnie się zbierają, gdy drzwi się otwierają i wchodzą młody mężczyzna i stary robot. Mężczyzna wygląda mizer- nie i ma na sobie ubranie pustynne, a robot to tylko standar- dowy sprzęt budowlany. Tamara nawet nie patrzy na nich, ale Dee obserwuje, jak Mężczyzna zatrzymuje się w drzwiach i rozgląda się po pomieszczeniu z zaciekawionym przeję- ciem.
Widzi ją i jego wzrok się zatrzymuje.
Robi krok do przodu. Jego twarz wykrzywia się jakby pod przyśpieszeniem w okropną, udręczoną maskę, bardziej skrzywienie cech niż wyrażenie, jest nieczytelna, nieludzka.
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 26
W tym samy czasie Dee czuje, jak czujniki robota skanują jej ciało i uderzają w mózg. Szpiegini, Żołnierka i Systema poruszają się oszałamiająco szybko w wirtualnych przestrze- niach jej umysłu, odpierając atak hakerski. Jej własne obronne próby hakowania są odchylone przez jakąś osłonę tak nie- przepuszczalną, jak — i pewnie nie bardziej niż — twarda metalowa skorupa robota. Robot wykonuje nagły przechył do przodu, gdy Mężczyzna robi drugi krok w jej kierunku. Wszystkie jaźnie Dee zaczynają krzyczeć na nią, żeby ucie- kała.
Trzyma pistolet w obu dłoniach przed sobą, a stół jest przewrócony kopniakiem, Tamara koło niej. W barze zapada cisza, oprócz dudniącej muzyki i ryków widowni stadionu w telewizji.
— Z tyłu! — rzuca Tamara przez zaciśnięte zęby. Obraca się, kierując Dee na prawo, idąc tyłem, przepychając się przez drzwi, które zatrzaskują się przed nimi. Są w kory- tarzu, ciemnym, oprócz smug żółtego Światła i ciężkiego od zapachu piwa i ryb.
Dee wzmacnia swoją wizję i widzi mocno mrugającą Ta- marę, jak obraca się dookoła. Ze sposobu, w jaki się porusza, jest oczywiste, że Tamara widzi w ciemnościach przynaj- mniej tak dobrze jak Dee.
— No chodź! — woła Tamara i pogrąża się w korytarzu. Dee zrzuca buty, łapie je i biegnie za Tamarą, w dół po scho- dach i dookoła rogów w jeszcze ciemniejszy, śmierdzący korytarz, w istocie tunel. Dee słyszy ruch ulicy nad głową i wyczuwa z każdym krokiem narastającą wilgotność w po- wietrzu. Rzuca spojrzenie do tyłu i nie widzi oznak Ścigania. Woda w powietrzu smakuje rdzą, gdy zatrzymują się przed
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
ciężkimi metalowymi drzwiami na końcu. Tamara grzebie przy ryglach na górze i dole drzwi, aż brzękają. Zatrzymuje się, słucha, potem powoli otwiera drzwi, trzymając się za nimi, aż drzwi są prawie równolegle do ściany. Wygląda zza nich przez chwilę, patrząc wgłąb i nie do tyłu.
— Czekaj — szepcze. Ostrzeżenie nie jest konieczne: Żoł- nierka się włączyła i Drzwi stoi płasko przy Ścianie tunelu dwa metry od drzwi i bardzo powoli przesuwa się do przodu. Gdy jej stożek widzenia rozszerza, widzi, że drzwi otwie- rają się na wąską kamienną półkę, ledwo ponad powierzch- nią Kanału, który w tym punkcie jest szeroki na pięćdzie- siąt metrów. Światła z przeciwnej ulicy, Rue Pascal, odbijają się w pociętych czarnych falkach kanału, zmąconych przez częste fale kursujących łodzi. Z, dźwięku uderzeń i bulgotu wody wie, że zewnętrzny motor, tuż na granicy jej wzroku, należy do małej łódki przycumowanej blisko drzwi.
Na metrowej szerokości nabrzeżu porusza się cień, jej własny.
Odwraca się, żeby spojrzeć w tunel. Światło, daleko z tyłu korytarza, się właśnie pojawiło i coś się porusza pomiędzy tym miejscem a źródłem. Tamara, chwilę później, też to za- uważa i wychodzi zza drzwi. Patrzy na Dee, wskazuje na zewnątrz, a potem robi dwoma palcami ruch siekający od lewej do prawej. Razem wyskakują zza drzwi, obracają się w przeciwnych kierunkach, gdy stabilizują pozycję, kucając na nabrzeżu.
Dee widzi wymurowany brzeg kanału sięgający trzy me- try do poziomu ulicy i nabrzeże wybudowane wzdłuż kanału do skrzyżowania kilkaset metrów dalej. Łodzie i barki są
27
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
przycumowane wzdłuż brzegu, drzwi i wyjścia tuneli prze- rywają go. Nikt w tym momencie się nie porusza.
Ponad jej ramieniem widzi podobny widok w przeciw- nym kierunku, prócz tego, że kanał rozszerza się w ciemność pustyni. Słyszy przynajmniej jeden komplet biegnących kro- ków, teraz około połowy drogi w tunelu. Wskazuje gorącz- kowo Tamarze.
— Wsiadaj na łódź! — mówi Tamara. Ciągnie za linę i mały ponton uderza o krawędź nabrzeża. Ledwie się buja, gdy Ta- mara wsiada, kołysze się dziko, gdy Dee naśladuje. Kładzie się płasko na plecach na mokrym dnie łodzi na swojej to- rebce i butach, jej stopy przeszkadzają Tamarze, gdy ludzka kobieta odbija i włącza silnik. Dee jest zadowolona ze swej niegodnej pozycji, gdy Tamara otwiera przepustnicę i jęk silnika wzrasta do krzyku, a przód łodzi się unosi. Łódź wy- pływa na wodę i Tamara wprowadza ją na długą krzywą, która zabiera ich na środek kanału pośród krzyków i prze- kleństw z innych łodzi w czasie gdy odległe postaci poja- wiają się przy wyjściu z tunelu.
To Mężczyzna, który ją rozpoznał. Krzyczy za nimi, ale cokolwiek mówi, jest utracone w dźwięku silnika. Tamara znowu obraca rumpel i wykręcają, pryskając wodą, kierują się na otwarcie, mijając Stras Cobol i w boczny kanał bez okien, który biegnie pod wysokimi murami mniej niż pięć metrów od siebie. Tamara zmniejsza obroty silnika i Dee ostrożnie siada.
— Szczęśliwe dla nas była łódź — mówi.
Tamara parska.
— To moja łódź! Zostawiłam ją tam godzinę temu, kiedy zaczęłam swoją rundę po barach.
28
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka
Dee uśmiecha się słabo.
— Dokąd zmierzamy?
— Plac Okrągły — mówi Tamara. — Okręg żywych umar- łych. Rojący się o złych artystów, wolnomyślicielskich ma- szyn i anarchistów wykłócających się co robić w anarchii. Bezpiecznie.
Dee nie jest pewna jak to rozumieć.
— Dzięki za wyciągnięcie mnie.
"Tamara patrzy koło Dee na ciemną wodę.
— Ta, cóż. .. muszę przyznać, że nie jestem pewna z czego Cię wyciągnąłem. Ten facet i robot nie wyglądali mi na ła- paczy. Rozpoznałaś ich, czy co?
Dee już przeszła przez to w głowie.
— Nie — mówi, jej głos chłodny. — Ale on mnie rozpoznał. Jestem tego pewna.
— Ja też — mówi Tamara sucho. — Tylko wydaje mi się, że znał cię na żywo. Wyglądał, jakby chciał cię zabić, w tej pierwszej chwili. Tak czy inaczej, kogoś zabić, ale kurde, to mógł być szok, czy coś, hej! — Patrzy na twarz Dee. — Nie jesteś jedną z nieożywionych, prawda? Ty i on mogliście być wcześniej. — Wygląda na całkiem zadowoloną z tej spekula- cji. — W porządku, możesz mi powiedzieć. Nie mamy nic przeciwko Martwym tak jak maszynom, ok?
Dee nie wiem zbyt dużo o Nieożywionych. Kiedyś, kiedy była nowa, myślała, że mogła usłyszeć Nieożywionych: przy- cisnąć ucho do Ściany i usłyszeć ich rozmawiających, wście- kle, w martwych językach. Jednak to był tylko szum maszy- nerii, szpiku w zimnych kościach miasta.
29
'Tak powiedział jej właściciel, jego śmiech prawie uprzejmy.
Ostrzejszym tonem dodał:
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 30
— Nieożywieni odeszli. I nie wracają. Większość z nich... och, zapomnij.
A ona posłusznie zapomniała.
Nie była pewna, czy powinna być zdenerwowana podej- rzeniem Tamary, ale to w końcu tylko ludzkie ogranicze- nia tej kobiety: w ten sam sposób ona popełniła ten sam błąd animalizacji — myśląc, że maszyneria, która brzmiała żywo, musiała być przynajmniej martwa — że sama wróciła do chwili, gdy po prostu uruchamiała swój mózg.
Więc uśmiecha się zadowolona do Tamary i mówi:
— Możesz przeskanować moją czaszkę, jeżeli chcesz, i sama zobaczysz.
— Załóżmy, że Twoje ciało jest kopią? Klonem?
Dee nie pomyślała o tym wcześniej, a idea wstrząsa nią bardziej, niż chce przyznać. Wzrusza ramionami.
— To możliwe.
— Proszę bardzo — mówi Tamara. — To sprawiłoby, że cokolwiek było z tym facetem to tylko przypadek błędnej tożsamości. Bez problemu.
Znowu gazuje silnik. Zmiecione z półek na ścianach, obudzone fokoszczury piszczą z oburzeniem.
— To nie ona — powiedział Robot, jego głos bardziej jak radio na niskiej głośności niż człowiek mówiący cicho. — Więc zapomnij o tym. Gonienie za nią nigdzie cię nie do- prowadzi. On jest tylko pierdoloną maszyną.
Wilde przebrnął z powrotem tunelem, przeprosił barmana, zapłacił za zniszczenia i zamówił mocny drink tak jak duże piwo do jego grillowanej ryby. Robot, podpierając się krze-
Rozdział 1. Równoważnik Człowieka 31
słem naprzeciwko niego, nie przyciągnął żadnego komenta- rza.
Wilde wytarł usta grzbietem dłoni i spojrzał na Maszynę.
— Nie wyglądała jak maszyna. Wyglądała jak prawdziwa kobieta. Wyglądała jak...
Przestał, w pewnym strapieniu.
— Sklonowana — powiedziała Maszyna nieubłaganie.
— Ale dlaczego? Dlaczego ona? Kto mógłby...?
Patrzy na nieprzenikliwą kapsułę.
— Nie!
— Tak — powiedziała Maszyna. — On tutaj jest.
Rozdział 2
Ludzie Plejstocenu
Pamiętam go opierającego się o bar w Queen Margaret Uniorf'] czekającego na nasze piwa, i mówiącego:
— Będziemy tam, Wilde! Zobaczymy to! Jeden pierdo- lony komputer, to wszystko, czego potrzeba, jedna maszyna, która jest mądrzejsza niż my i stąd odejdą.
Oczy Reida błyszczały, jego głos szczęśliwy. Tak się za- chowywał, kiedy owładnęła nim idea i prorokował. Teraz to brzmi dość proroczo, ale nie była to oryginalna idea nawet wtedy w grudniu 1975 roku. (Przy okazji, n.e.). Wziął ją z książki.
— Jak to, „stąd”? — spytałem.
— Jeżeli — powiedział, zwalniając — możemy stworzyć maszynę, która jest inteligentniejsza niż my, to ona może stworzyć maszynę, która jest inteligentniejsza niż ta pierw- sza. I tak dalej, coraz szybciej. Uciekająca ewolucja, czło- wieku.
— A gdzie nas to zostawia?
Reid pchnął ciężki kubek cydru w moją stronę.
! związek studencki, więcej https://en.wikipedia.org/wiki/ Queen_Margaret_Union - przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 33
— Z tyłu — powiedział szczęśliwie. — Jak małpy w mieście ludzi. Chodź, znajdźmy miejsce.
Oryginalny Związek Studentów Uniwersytetu w Glas- gow powstał, zanim kobiety były przyjmowane na studia. Ciągle jeszcze nie do końca nadrobiły. Studentki miały wła- sny budynek związku, QM, który wpuszczał studentów obu płci. Dlatego był to ten, w którym bywali radykalniejsi i po- stępowi studenci, oraz był znacznie lepszy do podrywania dziewczyn.
Co było tym, co mieliśmy w głowie: kilka piw z kum- plami przy barze przez pierwszą część wieczoru, potem na dyskotekę około dziesiątej, zobaczyć, czy ktokolwiek ze- chce tańczyć. Powód, żeby wcześniej napić się tyle, ile można, był taki, że stanie w kolejce przed barem w dyskotece było zarezerwowane, kiedy musiałeś kupić kolejkę swoim towa- rzyszom lub, lepiej, drinka dla dziewczyny, która właśnie z Tobą tańczyła.
Bar — związku raczej niż dyskoteki — był dość cichy o tej porze wieczoru. Zatem znaleźliśmy dobre miejsce w barze, który obiegał dookoła tylnej ściany, z którego mogliśmy wi- dzieć wszystkich, którzy weszli, i, tylko lekko podnosząc i obracając, mogliśmy sprawdzić stan zabawy na parkiecie poniżej.
Wyciągnąłem cienkiego papierosa Golden Virginia i pod- niosłem kufel Strongbow.
— Zdrowia — powiedział Reid.
— Slainte — odpowiedziałem.
Uśmiechnęliśmy się na nasze masakracje narodowych toastów drugiego, dla mnie, Reid powiedział coś w rodzaju „Ztrofia”, a dla niego ja wypowiedziałem „,Slendge”. Reid
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 34
był z Wyspy Skye, gdzie jego prapradziadek trafił do pracy jako owczarz po Oczyszczeniu | Ja byłem z Północnego Lon- dynu, obaj byliśmy trochę nie na miejscu w środkowej Szko- cji. Nie znaliśmy się zbyt długo, spotkaliśmy się miesiąc wcześniej na seminarium na temat Komunizmu woj ennegq'] Seminarium było sponsorowane przez Critique, lewicowe odgałęzienie Instytutu Studiów Sowieckich, gdzie robiłem jednoroczny kurs magisterski z Ekonomii Socjalizmu.
Nie zgadzałem się z ich ideami, ale uznałem klikę Criti- que (jak ich prywatnie nazywałem) za sympatyczną i stymu- lującą. Byli Instytutem Młodych Turków, Lewicową Opozy- cją, Gabinetem Cieni i Rządem na Uchodźstwie. Uznawali zarówno główny nurt, jak i marksistowskie teorie krytyczne Związku Radzieckiego, a wszystko to ze staromodną naiw- nością towarzysza podróży, zakładającego, że był to co naj- mniej nowy system, kiedy z trudem było to społeczeństwo.
Seminarium było sesją obiadową. Jak zawsze, było za- tłoczone, nie z powodu popularności, ale z powodu sprytnej taktyki rezerwowania sali trochę mniejszej niż oczekiwana obecność. W tym źle dobranym zgromadzeniu uchodźców — z Ameryki, Chile, Południowej Afryki i samej Drugiej Strony — Reid, zgarbiony w nowej kurtce dżinsowej, ciągle palący, sapiący, jego gęste ciemne włosy opadające na jego młodą, przystojną, ale jakoś wyblakłą twarz, wydawał się całkowicie w domu, a pytania, które zadawał mówcy na ko- niec, pokazywały, że przynajmniej wiedział, o czym mówił. Niemniej żaden z nas nie widział go wcześniej, a później
2 wyrzucenie ludzi z ziemi w XVIII i XIX wieku, zob. |https://en. wikipedia.org/wiki/Highland_Clearances - przyp.tłum.
" zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Komunizm wojenny — przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 35
w pubie (te seminaria miały kilka cech wspólnych z zebra- niami socjalistycznymi, szczególnie w pubie potem), przy- znał się do bycia trockistą, co nie było zaskakujące, i bycia studentem nauk informatycznych, co było.
Kobieta siedząca koło mnie była Amerykanką i także trockistką. Reid wstawał, żeby kupić kolejkę i spytał ją:
— Co Ci przynieść?
— Sok pomidorowy — odpowiedziała. Kiwnął głową, marsz- cząc brwi.
— Jak to się stało, że go nie poznałaś, Myra? — spytałem, odszedł ociężale do baru. — Czy też nie jesteś w IMG) - Podłapałem to w trakcie dyskutowania z nią przypadkowo nad kawą w Instytucie, prawie zagadując, żeby być uczci- wym, ponieważ byłem nią oczarowany. Była wysoka, nie- prawdopodobnie szczupła, z blond fryzurą typu „bob” i zu- chwałą, mizerną twarzą, wklęsłości jej oczu i policzków wy- glądały delikatnie, przyjemnie wygładzone w kształt dużych kciuków, jej szare oczy bystre za dużymi okrągłymi szkłami.
— Nie chodzę za bardzo na spotkania — przyznała z po- trząśnięciem głowy. — Znaczy, denerwuję się na towarzyszy ponaglających mnie do większej walki przeciwko pierdolo- nej fakcji leninowsko-trockistowskiej? Mam na myśli, my- ślą, że przybyłam do Anglii, uciekając przed czym *
— Chodzi Ci o Szkocję, Anglię? — Wycedziłem szyder- czo, nie mogąc skomentować jej, dla mnie, całkowicie nie- zrozumiałej uwagi.
Myra się roześmiała.
4 grupa trockistów w latach 1968-1982, więcej
wikipedia.org/wiki/International _Marxist_Group — przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
— Idź, pomóż kumplowi. Wydaje się, że ma problem. Reid odwrócił się do mnie z ulgą.
— Mam wszystkich, prócz Myry. Co to do cholery jest „przecier”?
— I jeden sok pomidorowy! — powiedziałem do barmana.
— Och, dzięki — powiedział Reid. Spojrzał na mnie. (Nie- świadomie wyprostował się na pełną wysokość, coś, co lu- dzie dookoła mnie często robili, ale ciągle patrzył w górę.) — "To, o czym mówiłeś wcześniej o rynku, to było interesujące. Te rzeczy o milionach równań.
— Ta — odpowiedziałem, zbierając niektóre z drinków. — Miliony równań. I to nawet nie jest połowa. — Wiedziałem, co się stanie dalej, odpowiadając na takie okoliczności już kilka razy.
— Dlaczego nie możemy użyć komputerów?
— Ponieważ — powiedziałem nad ramieniem, gdy prze- dzierałem się do stolika — bez rynku, nie będziesz miał pier- dolonych komputerów!
Myra śmiała się, gdy stawiałem drinki.
— Nie martw się o burżuazyjną ekonomię Jona — powie- działa do Dave Reida, gdy usiedliśmy. — Nawet Związek Ra- dziecki ma komputery. — Poczekała na jakiś znak zapewnie- nia w jego uczciwie zdziwionej twarzy i dodała: — Najwięk- sze na Świecie!
Reid uśmiechnął się, ale uparcie kontynuował:
— Spójrz na IBM. Czy oni martwią się siłami rynku? Czy oni kurwa! Mój przyjaciel pracował w ich fabryce w Inver- kip jednego lata. Powiedział, że dostarczają części zapasowe wszędzie na Świecie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, na-
36
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 37
wet jeżeli to oznacza pójście ze śrubokrętem do superkom- putera, który już zbudowali, i wyciągnięcie części.
— Tak, to brzmi całkiem jak Związek Radziecki — po- wiedział, ku ogólnemu Śmiechowi. — A Ty brzmisz jak mój stary.
— Czy on jest socjalistą? — spytał Reid. Spytał nieufnie.
— Dożywotni członek SPWHB|- powiedziałem.
— SPWB? Och, cudownie! — powiedział Reid.
— Co to ta SPWB? — spytała Myra. Reid i ja zaczęliśmy coś mówić, potem Reid się uśmiechnął, wzruszył ramionami i odstąpił.
Wziąłem duży łyk, ale to nie było piwo, które wącha- łem, ale jakiś dziwnie zapamiętany powiew koszonej trawy, psiego gówna i wanilii: Speaker's Corner.
— Socjalistyczna Partia Wielkiej Brytanii — wyjaśniłem, wpadając automatycznie w takt agitatora-samouka — powstała w 1904 roku, z mniej niż setką członków, w celu zdoby- cia większości klasy robotników na świecie. Obecnie mają ośmiuset, więc są na dobrej drodze. W tym tempie, najlep- sze prognozy dają im szansę na zdecydowaną większość w dwudziestym piątym wieku.
— Chyba żartujesz — powiedział Myra.
— Żartuje — powiedział surowo Reid. — To jest, cóż, nie- zła karykatura, zgodzę się z Tobą. Jednak czytałem niektóre z ich rzeczy i nigdy nie widziałem takich obliczeń.
— Dobra — przyznałem. — Tę część zmyśliłem. No fak- tycznie, mój ojciec to zmyślił. Jest prawdziwym wierzącym,
5 Socjalistyczna Partia Wielkiej Brytanii, zob.
wikipedia.org/wiki/Socialist Party_of_Great_Britain — przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 38
ale ma poczucie humoru i raz napisał mały program oparty o wzrost populacji i wzrost partii, i puścił go na komputerze w pracy.
— Też jest programistą, czyż nie?
— Och tak. Dla Londyńskiej Rady Elektryczności | Kiedy zaczynał, debugowanie polegało na usuwaniu owadów z za- worów, i tego nie zmyślam!
Reid, Myra i inni dookoła stołu się roześmiali. Nigdy wcześniej tak nie rozprawiałem i odnosiłem wrażenie, że zrobiłem swego rodzaju dobre wrażenie na klice.
— Chodzi mi o to — dodałem, póki wszyscy słuchali — że słyszałem wiele argumentów o tym, że komputery zamienią planowanie ekonomiczne w łatwiznę, ale mnie nie przeko- nały.
— Pomijasz kilka punktów — wtrąciła się Myra, konty- nuowała, wymieniając je, jej moralna pasja była lustrzanym odbiciem mojej. Więc skupiłem się na innej pasji.
— Tak czy inaczej, nie chcę społeczeństwa zaplanowa- nego — powiedziałem. — Nie pasuje do moich planów.
'To wywołało słaby śmiech.
— Więc kim jesteś? — spytał Reid. — Prawicowcem?
Westchnąłem.
— Właściwie jestem indywidualistycznym anarchistą.
— „Wasciwie to żem indywidualistyczyn anarkista” — na- śladowała Myra. — Bardziej jak anachronizm. To tragedia — dodała z gestem dla galerii. — Dzieciak uczy się jakiegoś
-_ publiczny pocmie” SOB aa: dla Dóńdyni, zob.
— przyp. tłum,
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 39
marksizmu na kolanach tatki, a kończy jako przeklęty pro- udhonista.
— No tak — powiedziałem. — Choć to wasz ziomek Tuc- kef] według mnie, wszystko to złożył.
— Więc kim jest Tucker? — zapytał ktoś.
— Dobra. .. — zacząłem.
Nie wykonaliśmy żadnej pracy tego popołudnia, ale — patrząc wstecz na to z punktu widzenia ekonomii, kalku- lacji — było to tego warte. Większość z nas skończyła, pi- jąc piwo i kawę z powrotem w pokoju w piwnicy Instytutu. Reid i ja siedzieliśmy po przeciwnym stronie Myry, w rogu dużego stołu. Czasem ona mówiła do nas obu, czasem do innych osób, i znowu do jednego z nas lub drugiego. Kiedy mówiła do Reida, wyglądało to jak podsłuchiwanie plotek w rozległej rodzinnej kłótni, i wyłączałem się lub zwracałem się do innego wątku dyskusji. Jednak zawsze mnie znowu włączała, jakąś uwagę o Wietnamie, Portugalii czy Angoli: prawdziwe wojny i rewolucje, nad którymi fakcje toczyły swoje międzykontynentalne walki.
Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że w pokoju zo- staliśmy tylko we troje. Pamiętam twarz Myry, jej łokcie na stole, jej szczupłe dłonie poruszające się, gdy mówiła o No- wym Jorku. Myślałem, że brzmiało to jak miejsce, gdzie chciałbym pojechać, kiedy krzesło Reida zaskrzypiało na podłodze i wstał.
1 Benjamin Tucker, zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 40
— Będę się zbierał — powiedział. Uśmiechnął się do Myra przez chwilę, potem spojrzał na mnie i powiedział: — Do zobaczenia zatem, Jon.
— Ta, wyglądał, że bawimy się w tych samych miejscach — powiedziałem z uśmiechem. — Jeżeli nie wpadnę na Ciebie jutro czy pojutrze, prawdopodobnie zobaczymy się w QM w piątek.
— Nie zniknij nam, Dave — powiedziała Myra. — Upewnij się, że przyjdziesz na następne seminarium, co? Potrzebu- jemy gościa takiego jak w Critique. Wiesz jako nie tylko naukowca?
Reid lekko się zarumienił, potem się roześmiał i powie- dział:
— Aye, tak właśnie sobie myślałem! — Zarzucił worek na ramię i ruchem wycierającym rozłożonej dłoni pomachał na pożegnanie.
Usłyszeliśmy jego pustynne buty uderzające w stopnie schodów, stuknięcie zamykanego zamka we frontowych drzwiach. Pierwszy raz dotarło do mnie, że on i ja spędziliśmy popo- łudnie, konkurując o względy Myry, lub ona spędziła, nas testując. (Tak właśnie się to zaczęło: od Myry. A nie, jak myślałem znacznie później, od Annette. Ponieważ, gdyby Myra była z Reidem od początku, a ja z Annette...)
Myra oparła brodę na dłoniach, poruszyła okularami i spoj- rzała na mnie przez nie.
— Cóż — powiedziała. — Interesujący facet, co?
— Tak — powiedziałem. — Bardzo poważny.
— Teraz nie jestem w nastroju na poważne.
Spojrzała na mnie bez ruchu przez chwilę, uśmiechnęła się i powiedziała:
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
— Chcesz wypalić trochę trawy?
Myślałem, że to był jakiś niezrozumiały amerykanizm na seks, i tylko zrozumiałem swój błąd, kiedy zaczęła budo- wać złożonego skręta w jej kawalerce. Ale jak się okazało, w końcu nie byłem w takim błędzie.
Myra i ja nie mieliśmy romansu, bardziej serię jedno- nocnych przygód. Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. Żadne z nas nie udawało, ale lubię myśleć, że oboje mieli- śmy nadzieję, że może z tego wyjdzie coś więcej. Jednak pu- blicznie, wobec siebie, byliśmy bardzo wyrafinowani, bar- dzo w porządku, bardzo wyzwoleni o tym.
Potem zakochała się w bohaterze chilijskiego ruchu oporu z czarnym wąsem, i byłem zdumiony jak wściekły, zazdro- sny, zaborczy się poczułem. Była taka chwila, około trzeciej nad ranem po wieczorze, kiedy Myra powiedziała mi, wie- cie, było bardzo miło, i naprawdę mnie lubi, ale całkiem nie- spodziewanie odkryła tak potężne uczucia dla tego latyno- amerykańskiego leninisty, tak inne niż cokolwiek doświad- czyła kiedykolwiek, że, cóż, na początek widzi się z nim za, jakby, pięć minut... była taka chwila w piciu czarnej kawy z brudnego kubka i patrzeniu z niewiarygodną odrazą na po- pielniczkę, z której wysypywały się smoliste skręty papieru, podczas gdy moje palce rolowały kolejny, tylko żeby poczuć oparzenie na języku, kiedy wszystkie moje cykle dobowe złożyły się razem w napływie krwi, utracie ciepła ludzkiego, kiedy czułem, że nigdy nie będę chciał iść do łóżka, które nie zawiera obietnicy miednicy Myry uderzającej w moją.
I cały czas inna część mojego umysłu pracowała, ana- lizowała, jak absurdalne to było, że ta zazdrość winna być
41
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 42
niespodzianką, i na kolejnym poziomie świadomości gra- tulowałem samemu sobie za bycie wystarczająco stoickim i rozumiejącym to zrozumienie, wiedząc, że to była prosta emocja naczelnych, która była zrodzona, i minęłaby.
Znalazłem długopis i napisałem w notatniku: Ludzie plej- stocenu z lustrzanymi oczami, żeby nie zapomnieć tego głu- chego wglądu rano i zapadłem w sen. Ciągle zbolały, ale na- gle pewny, że nabyłem miarę zazdrości i niespodziewanej, nieodwzajemnionej miłości.
W tym samym czasie, gdy Myra i ja ostrożnie, a w jej przypadku pomyślnie, nie zakochiwaliśmy się w sobie, za- kochałem się w Reidzie. Istnieje taka miłość, że (nie dzięki Bogu) śmie teraz krzyczeć swoje imię, i jest inna miłość, które nie wie, jaka jest jej cholerna nazwa, i to było to. Na- sze umysły złączyły się jak magnesy, z uderzeniem.
Reid był krępy i ciemny, o celtyckiej postawie z do- brymi proporcjami. Ja byłem wysoki i żylasty, z włosami, które nawet wtedy nosiłem krótko, żeby ukryć ich przerze- dzenie, i nosem, który zawsze zapewniał mi rolę Czerwo- nego Indianina, kiedy byłem dzieckiem. On był nieporadny, ja uprzejmy. Ale nieporadność Reida była czymś, co zrzu- cał, i wyrastał ponad z rodzajem łaski, tymczasem ja trak- towałem każdą okazję społeczną jako ciągły test rozumu. Rodzice Reid byli religijni, Free Kirk] i zrobili co mogli, żeby zaszczepić te same zasady w nim. Moi byli zagorza- łymi materialistami marksistowskimi, ale przyjęli nastawie-
8 Free Kirk — Free Church of Scotland — kościół protestancki, ewangeli-
kalny i prezbiteriański zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Free_
Church_of_Scotland_(since_1900) - przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 43
nie laissez-fairq | wobec mojej edukacji filozoficznej. Cza- sami, przez wszystkie te opowieści o pytaniach, na które re- agowali obcinaniem włosów lub potokami łez, czułem, że twarda postawa jego rodziców wykazywała głębszą troskę o jego dobrobyt.
Reid był komunistą, ja libertarianinem. Jednak on utrzy- mywał kłującą niepodległość umysłu, zawziętą tendencję do martwienia się trudnościami w doktrynie, które jego sekta łączyła. Czasem podejrzewałem, że byłem zbyt prostym scep- tykiem, zbyt katolicko pewnym, że mój chwiejny stos ksią- żek Proudhona, Tuckera, Herberta, Spencera, Roberta Hein- leina i Roberta Antona Wilsona budował niezawodną wieżę startową umysłu.
Inną rzeczą, którą lubiłem w Reidzie, było to, że upija- łem się z nim szybciej niż ktokolwiek inny, stąd piątkowe wieczory.
Reid i ja rozmawialiśmy więcej o „komputerach przej- mujących władzę” (czyli jak ludzie rozmawiali wtedy o Oso- bliwości!”), potem przeszliśmy do aktualnego artykułu New Ścientist o teorii katastrofy, o którym Reid był sceptyczny („to jak burżuazyjna wersja dialektyki”, jak to ujął). Po na- uce, polityka: gorącym tematem była Portugalia, gdzie skrajna lewica się przechytrzyła w czymś, co wyglądało jak bez- czelna próba wojskowego zamachu stanu.
?_ fr. laissez-faire — pozwólcie czynić — pogląd filozoficzno-ekonomiczny gło- szący wolność jednostki w wymiarze społeczno-ekonomicznym, więcej https:
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
— Tutaj jest dobry artykuł o tym — powiedział Reid, wy- grzebując z kurtki kopię Red Weekly, gazety International Marxist Group. — Odpuszczam sobie, co Socialist Worker ma do powiedzenia. Cóż, jeszcze sam nie przeczytałem, ale wygląda dobrze.
— Ok, ok — powiedziałem. — Kapuję. Sekciarska pole- mika jest tym, w czym chłopaki jesteście dobrzy.
— Dostaniemy Cię w końcu. — Reid uśmiechnął się, gdy kupowałem gazetę.
— Lub ja was — powiedziałem.
Reid wzruszył ramionami.
— To nie tak działa — powiedział. Zaczął zwijać papie- rosa, mówiąc zmęczonym głosem. — Ludzie nie przestają być socjalistami i nie stają się kimś innym. Tylko stają się niczym lub dołączają do Partii Pracy, bez różnicy.
— Ja przestałem być socjalistą — podkreśliłem.
— Ta, ale to coś innego, daj spokój. To jakbym ja mówił, że przestałem być chrześcijaninem. To było coś, w czym zo- stałem wychowany, i jak tylko zacząłem myśleć samodziel- nie, porzuciłem to. Podobnie z Tobą, prawda?
— Może — odpowiedziałem. — Zauważ, to nigdy nie było wpychane w moje gardło co niedzielę. — Ale niespokojnie pamiętałem, jak mało to zabrało — pewne anarchistyczne podsumowanie Tuckera, chyba — żeby wzbudzić każdą wąt- pliwość, jaką kiedykolwiek miałem o mojej odziedziczonej wierze.
— Mam nadzieję, że zawsze będą rozumiał rzeczy w ten sposób jak teraz — kontynuował Reid — ponieważ to ma sens, jest przed wszystkim innymi ofertami. Jednak jeżeli kiedy- kolwiek zapomnę lub wiesz, stracę miejsce...
44
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 45
— Lub zrozumiesz, że byłeś cały czas w błędzie.
-...dobra, tak właśnie będzie się wydawać, to właśnie będę sobie mówił...
Uśmiechnął się kwaśno, jego język na zewnątrz, żeby polizać papier, pokazując na chwilę wygląd diaboliczny, gar- gulcowy.
— Ale jeżeli to kiedykolwiek się zdarzy — dokończył, zwijając papierosa i przypalając go — będę przeklęty, jeżeli stanę się idealistycznym bojownikiem dla drugiej strony. W ten czy inny sposób, tylko będę uważał na siebie.
— Ale to jest to w co ja teraz wierzę! — powiedziałem wesoło. — Troska to numer jeden. Nie jestem idealistycznym bojownikiem za nic.
— To jest to, co myślisz — powiedział Reid. — Jesteś anar- chistą dla czystego, niewinnego własnego interesu? Och, pew- nie. Zrozum to, człowieku, zależy Ci. Jesteś socjalistą w sercu.
Lubiłem go dostatecznie i powiedział to dostatecznie lekko, że nie poczułem się urażony.
— Nie, to nie tak jak to wszystko jest — powiedziałem. — Naprawdę mam egoistyczny powód dla pragnienia Świata bez państwa, chcę żyć wiecznie. Naprawdę. Chcę dostać się na statki. Planeta zajęta przez zorganizowane gangi waria- tów z bronią jądrową to nie jest moja idea bezpiecznego środowiska.
Większość ludzi śmiała się ze mnie, kiedy to mówiłem, ale nie Reid. Jedną z rzeczy, które mieliśmy wspólne, było zainteresowanie fantastyką naukową i możliwościami tech- nologicznymi, które dobrze pasowały do reszty moich prze- konań. W teorii pasowały też do marksizmu, ale wiedziałem, że towarzysze Reida traktowali to jako ideologicznie nie-
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 46
zdrowe, jakby jedyną dozwoloną, dalekosiężną spekulacją futurystyczną był ostatni dokument o perspektywach IMG. Jego stosy Galaxy i Analog były schowane w szafce w ka- walerce niczym pornografia.
— Wydaje się, to wysokie oczekiwania — powiedział Reid. — Wybraliśmy złe stulecie na życie. Sądzę, że po prostu mu- simy zaryzykować jak reszta biednych facetów.
Wyciągnąłem papierosa na odległość ramienia i popa- trzyłem na niego.
— I nic nie robimy z naszymi szansami.
— Rozumiem, że to raczej wyścig z medycyną — powie- dział Reid. — Moje to Export, przy okazji.
Zauważyłem nasze puste szklanki i skoczyłem, pełen skru- chy, że nie zauważyłem wcześniej. Kiedy wróciłem, Reid był zatopiony w gazecie, którą mi sprzedał, i nie byłem pe- wien, czy w tym momencie chcę dalej ciągnąć naszą roz- mowę, więc oparłem się i pozwoliłem umysłowi trochę dry- fować. Miejsce się zapełniało. Szafa grająca grała „Sailing” Roda Stewarta, piosenkę, która zawsze wzbudzała we mnie ckliwy patriotyzm wygnańca za krajem, który nigdy nie ist- niał, tak jakbym we wcześniejszym życiu był obywatelem Atlantydy. Kiedy się skończyła, wypadłem z nastroju i znowu się rozejrzałem, i zauważyłem, że gazeta Reida ma kolej- nego czytelnika, który siedział koło niego i pochylał się do przodu, jej głowa przechylona do czytania tylnej strony. Jej czarne kręcone włosy opadały na boki dookoła jej twarzy. Czarne brwi, rzęsy, wielkie zielone oczy poruszające się (wolno, zauważyłem), gdy czytała, mały zgrabny nos, szeroki kości policzkowe, z których jej policzki, ani cienkie, ani pulchne,
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
wyginały się gładko po obu stronach (nieświadomie delikat- nie się ruszały) pełnych ust, do małej stanowczej brody.
Jej wzrok oderwał się od strony i spotkał mój z nieza- żenowanym uśmiechem. Poczułem wstrząs tak fizyczny, że nawet nie powiązałem go z emocją. I wtedy Reid opuścił papier i spojrzał na nią. Usiadła prosto i teraz ona wyglądała lekko zażenowana. Była z rojem innym dziewczyn, które rządziły stolikiem obok, i reszta rozmawiała pomiędzy sobą.
— Cóż, dzień dobry — powiedział Reid. — Uważasz, że to interesujące?
— Nigdy nie widziałam czegoś takiego jak to — powie- działa. — Nie rozumiem, jak ktokolwiek chciałby popierać strajki. — Miała akcent zachodniego wybrzeża, ale, tak jak Reid, mówiła akcentowanym angielskim, nie szkockim jak
47
rodzimi mieszkańcy Glasgow. Prawdopodobnie gdzieś z Clyde,
Irlandia lub Highlands: „angielski jako drugi język” pokole- nie lub dwa temu.
— To gazeta socjalistyczna — powiedział Reid. Spojrzał na mnie jakby po pomoc. — Popieramy robotników, wiesz?
— Ale rząd jest socjalistyczny — powiedziała oburzonym tonem. — A oni nie chcą strajków, prawda?
— Nie uważam, że rząd Partii Pracy jest w ogóle socjali- styczny — wyjaśnił Reid.
— Ale czy to nie jest złe dla kraju, kiedy ludzie mogą iść na strajk i od razu po zasiłek?
— W pewnym sensie, tak — powiedział Reid, który nor- malnie w takiej sytuacji wyczerpałby cierpliwość. — Ale je- żeli przez „kraj” rozumiesz większość ludzi w nim żyjących, prawda, to problemy, które mamy, nie pochodzą od robotni- ków na strajku, ale od szefów i bankierów robiących inte-
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
resy jak zwykle. To oni są tymi, którzy naprawdę kosztują kraj.
— Masz zabawny sposób patrzenia na rzeczy — powie- dział, jako wyjaśnienie, nie jako pytanie. Odrzuciła temat i przeniosła uwagę na ważniejsze sprawy. — Idziecie później na dyskotekę?
— Tak — powiedziałem, zanim Reid mógł podjąć kolejną próbę edukacji politycznej. — A Ty?
— Och, ta — powiedziała. — Może się tam zobaczymy. — Błysnęła do nas krótkim uśmiechem, zanim została wcią- gnięta w rozmowę z jej przyjaciółmi. Patrzyłem przez chwilę tam, gdzie jej włosy opadały na ramiona jej prostej białej koszuli. Koszula była wciśnięta w proste niebieskie dżinsy, a jej stopy w buty na wysokim obcasie. Jej ubrania i, teraz doszedłem do wniosku, jej makijaż wyglądał zbyt staranny i zwyczajny jak na studentkę. Tak samo dla jej przyjaciółek, niektóre z nich były ubrane podobnie inne w eleganckich sukienkach.
— Dobra — powiedziałem, gdy Reid złapał moje oko — jako temat rozmowy, to myślę, że ten potrzebuje odrobiny pracy.
— Można tak powiedzieć — przyznał. — Jednak, nie dała mi zbyt dużo możliwości.
— Przede wszystkim nie powinieneś trzymać nosa w tej przeklętej gazecie — powiedziałem mu.
Tuż po dziesiątej, obaj ruszyliśmy szybko, gdy dziew- czyny wyszły, straciliśmy je w kolejce, ale udało nam się dostać stolik niedaleko ich.
48
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 49
— Chcesz zatańczyć? — krzyknąłem. Ultrafiolet odbijał się w nylonowych szwach jej koszuli, a stroboskop w wi- dzialnym spektrum uchwycił jej kiwnięcie. Ten taniec był szybki, następny wolny. Trzymaliśmy ręce lekko wzajemnie na ramionach pod koniec. Spojrzałem na nią z góry.
— Dziękuję — powiedziałem.
Była taka rzecz, którą zrobiła z oczami: zielona tęczówka błyszcząca, źrenice otwierające się jak ciemne baseny, w któ- rych mógłbyś utonąć.
Wszystko, co mogłem powiedzieć, to:
— Jak się nazywasz?
— Annette.
— Jon Wilde — powiedziałem. — Chcesz drinka? — Utoną- łem, ale moje usta ciągle się poruszały.
— Kufel lagera, proszę. — Uśmiechnęła się i wróciła do stołu. Kiedy wróciłem, Reid krzyczał i machał coś do niej ponad muzyką i światłami. Słuchała, głowa przechylona, broda na dłoni. Muzyka znowu się zmieniła, a Reid wstał i wy- ciągnął dłoń do Annette. Pokiwała głową, wzięła łyk piwa ze zdawkowym uśmiechem podziękowania, i już poszli tań- czyć.
— Wydowo sie, iże ftoś zaczon ze złyj stronyf!"] — Roz- bawiony, ale sympatyczny kobiecy głos powiedział mi do ucha. Odwróciłem się, żeby odkryć, że patrzę na dziewczynę z długą grzywką czerwonobrązowych włosów, zza których zerkała twarz, jak małego ssaka zza zarośli. Nosiła bluzkę
ll fragmenty napisane w szkockim angielskim tłumaczę na język śląski celem zachowania zamysłu autora, tłumaczenie automatyczne przy pomocy https:
//silling.org/translator/?dir=pol-szltftranslation — przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 50
z rzemykami przy karku i mankietami, długą niebieską spód- nicę nad długimi butami.
— Tak — powiedział, przytakując. — On jest strasznym tan- cerzem.
Roześmiała się.
— Godałach o ciebie — powiedziała. — Niy tropiyłabych sie. Annette je mało kokietką.
— Może mnie kokietować, kiedy chce — powiedział. — W międzyczasie, zapoznajmy się, tylko żeby dać jej coś do myślenia.
— To do jeji coś do myślynio — powiedziała i zaskoczyła mnie pocałunkiem, po której nastąpiło przytulanie, które, po pewnym przesunięciu krzeseł i ostrożnym doborze głosu, pozwoliło nam porozmawiać tylko we dwoje. Od czasu do czasu słyszeliśmy siebie krzyczących, gdy muzyka przesta- wała grać, gdy ktoś zmieniał płyty (nie kompakty, te poja- wiły się później).
Nazywała się Sheena. Skrót od Oceania, jak później się dowiedziałem.
— Skąd znasz Annette?
Sheena skrzywiła się na mój dobór tematu.
— Miyszkom z niom. — krzyknęła dyskretnie. — Tyż z niom robi. Som techniczkami laboratoryjnymi. Na Wydziale Zoo- logii. Co robisz?
Powiedziałem jej, a wkrótce krzyczałem i machałem rę- koma jak prawdziwy naukowiec. Niemniej jeżeli intencją było sprowokowanie Annette do okazania zainteresowania, eksperyment okazał się porażką.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 51
Chłodna noc, bez mrozu, szkielety opadłych liści na chod- niku jak skamieliny ryb. Dave, Annette, Sheena i ja zatrzy- maliśmy się na moście, patrząc ponad balustradą na poko- jowy ryk Kelvinq"]
— To musi być jedyna rzecz nazwana po jednostce miary — powiedział Reid. Roześmiałem się na to i dziewczyny też się roześmiały.
— Powinno być więcej! — powiedziałem. — Potok Dżula! Strumień Ampera!
— Jeziorko Litre!
— Szczyt Metra!
— Albo języki komputerowe — powiedział Reid, gdy szli- śmy dalej, budynek BBC Scotland po lewej, po prawej Ogród Botaniczny z jego ogromną kolistą szklarnią, latający spodek z jakiegoś dziewiętnastowiecznego Marsa. — Stopnie For- trana. Bloki Basic...
— Rezydencje Ady!
— Stras Cobol!
Kiedy dotarliśmy do mieszkania dziewczyn, wyskroba- liśmy Wzgórza Newtona i Plażę Candela, i próbowałem wszyst- kich przekonać, że wszystkie jednostki miary były nazwi- skami ludzi, na przykład Jean-Baptiste de Metre, znany en- cyklopedysta, żyrondysta i karzeł.
— Oczywiście po Rewolucji opuszczał „„de” — wyjaśnia- łem, gdy Annette dzwoniła kluczami. — Ale to go nie urato- wało, został...
— Skrócony — powiedział Reid.
— O stopę.
12 zapewne Kelvin Hall, w latach 1956-1983 największa sala koncertowa
Glasgow — przyp.tłum.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 52
— Nie, głupku, o głowę.
— Zamierzocie stoć tam cołko noc?
— Tylko przez sekundę.
— Nazwaną oczywiście po. . . — szukałem inspiracji.
Reid popchnął mnie.
— No dawaj.
Wszedłem. Mieszkanie w suterenie, duży frontowy po- kój, łóżko, wersalka, fałszywy kominek. Wszędobylskie pla- katy, wypchane zabawki, dziewczęcy bałagan. Mała kuchenka, gdzie Annette włączała czajnik elektryczny.
Rozmawialiśmy, piliśmy kawę, po której poczuliśmy się dziksi, Sheena skręciła skręta. Później... . później byłem w kuchni, na wpół siedząc na brzegu zlewu, podczas gdy Sheena zajęła się kolejną rundą Nescafe i pozostałości zioła. Drzwi były prawie zamknięte, głosy Dave'a i Annette stałym mamrota- niem.
Odłożyła mleko do lodówki, oparła się o moje biodro. Pochyliłem się, odsunąłem jej włosy i spojrzałem na nią.
— Czy chcesz, żebym został?
— Tak, cóż, nie. — Podała mi karton, łyknąłem, skrzy- wiłem się i włożyłem pod kran. — Znaczy chciałabych, ale widza iże lubisz Annette.
— Szkoda, że ona nie widzi. Szkoda, że jej nie powie- działem.
— Och, ona wie. Myśla, iże ona sie boi. Je żeś taki intyn- sywny.
— Intensywny? Moi? Masz na myśli, nie tak jak Dave „Sprawiedliwa Walka” Reid? Lubi jego prosty urok labory- stycznej teorii wartości, o to chodzi?
Sheena się uśmiechnęła.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 53
— Niy mylisz sie zazbyt. Wejzdrzij, jeźli na tela staro sie o to, co ona obmyślonku, coby sie z niom wadzić, to niy może ino być interesantny przeleceniem jeji.
Czajnik zaśpiewał. Patrzyłem na fluorescencyjny pasek nad blatem i Ścisnąłem oczy. Waga Sheeny znikła i zajęła się kubkami. Westchnąłem na nagły aromat.
— Więc co takiego robię, że myślisz, że jestem zbyt do- sadny? Ledwo miałem szansę powiedzieć słowo do niej przez cały cholerny wieczór.
— Święta racja — powiedziała Sheena. — Osprowiosz ze mnom i godosz rzeczy do Dave'a, i colki czas patrzisz na Annette i usmiychosz sie, kej ona co powiy.
— Nieprawda!
Spojrzała mi w oczy.
— Dobrze — przyznałem. — Może tak robię. Przepraszam. Musiało to wyglądać nieco niegrzecznie.
— Trochę — powiedziała. — Jednak niy winie Cie. Zaczę- łam ten mały szpil. Chodź, pomóż mi z tymi piokami.
Kiedy skończyłem kawę, wstałem. Dave i Annette sie- dzieli na podłodze, opierając się o bok łóżka. Ramię Dave'a spoczywało na ramionach Annette.
— Na razie, ludziska.
— Na ra — powiedział Dave.
— Dobranoc — powiedziała Annette. Próbowałem wyczy- tać w jej zwężonych oczach, błysk migotania lub mrugnię- cie. Spojrzała w dół.
Sheena pocałowała mnie na dobranoc w drzwiach, z cie- płem tak nagłym i niespodziewanym jak jej pocałunek na powitanie.
— Pewna? — Spróbowałem ułożyć usta w łobuzerski uśmiech.
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu
— Pewna. — Nacisnęła ramiona, przytrzymując. — Je żeś fajnym chopym, ale niy komplikujmy naszych żyć barzij aniżeli już som.
— Dobrze, Sheena. Dobranoc. Do zobaczenia.
— Znikaj! — Uśmiechnęła się i zamknęła drzwi.
Płytki do poziomu piersi, pobielona, wypolerowana ba- lustrada. Zacna kamienica klasy pracującej Glasgow, nie jak studencki slums, w którym mieszkałem. Przypomniałem so- bie coś. Odwróciłem się do drzwi i przykucnąłem przed nimi, pchnąłem napiętą klapkę skrzynki pocztowej.
— Dave! — krzyknąłem.
— Co? — nadeszło słabe i odległe.
— Po Karolu Sekundusie! — krzyknąłem. — Patronie To- warzystwa Królewskiego!
Chmura nadeszła nad miasto, gdy byłem w mieszkaniu. Na skrzyżowaniu Great Western Road i Byres Road czeka- łem na przejście. Za mną zastukały obcasy, zatrzymały się koło mnie. Dziewczyna w futrze. Odwróciła się, uśmiech- nięta, i spytała:
— Jak światła...? Och, rozumiem. — Głos jak ciepła dłoń, akcent wyższej klasy angielskiej. Futro i włosy błyszczały kroplami wilgoci. Szła gdzieś, gdzie chciała być, pewna, że nikt nie odważyłby się położyć palca na niej: piękne zwie- rzę, doskonale zaadaptowane, dzikie.
— Okropna mgła, prawda?
— Tak — powiedziałem. — Nigdy nie widziałem takiej w Glasgow.
Światła się zmieniły. Przeszliśmy, nasze ścieżki się ro- zeszły. Ona poszła w Byres Road, do miejsca, gdzie chciała
54
Rozdział 2. Ludzie Plejstocenu 55
być, a poszedłem wzdłuż Great Western Road, z powrotem do pokoju.
Rozdział 3
Dzieciak Terminal
Na Nowym Marsie padało. To cud stworzony przez ma- szyny, praca rzadkich urządzeń daleko stąd i bezduszna, bo- taniczna moc niezliczonego potomstwa, które obraca me- talowe płatki, żeby skupić delikatne promieniowanie sło- neczne na kawałkach brudnego lodu, podgrzewając lotne czyn- niki na powierzchni, żeby posłać lód koziołkując w kierunku słońca, popychany i kierowany na precyzyjnie wyliczoną trajektorię, która lata później wprowadzi je w atmosferę na tyle grubą, żeby złapać i sprowadzić na dół. Gdzie szczęśli- wie opadną jako deszcz, a nie ogień, a który przy każdym przypadku przejścia bolidu, pozostawia atmosferę nieco le- piej przystosowaną do złapania i przechwycenia kolejnego.
Jednak dla Dee, na zewnątrz w deszczową noc, to banał i nuda. Przez około pół godziny miała wzmacniacze obrazu na pełnej mocy i jej oczy bolą. Jej uszy też: pingi sonarowe od mokrych ścian około metra od siebie wywołują ograni- czające poczucie ciśnienia. W tym samym czasie, zmniej- szanie lub wyłączenie jeszcze bardziej by ją zmęczyło. Za- tem z ulgą i relaksem widzi, że wąska droga wodna otwiera się na znacznie większy i jaśniejszy kanał.
— Kanał Pierścienia — wskazuje Tamara, gdy skręca mały
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 57
pojazd w prawo. Dee, wyciągając głowę i patrząc do przodu i tyłu, nie widzi krzywizny. Wysokie, wąskie domy — raczej bloki magazynów i fabryki — górują nad kanałem, a Światła są pociągnięte ponad brzegiem. Przed nimi, szybko zbliża- jące sto metrów dalej, Kanał Pierścienia otwiera się, a przez przerwę pomiędzy budynkami na końcu Dee widzi, coś, co wygląda i brzmi jak ognisko: buchające światło, ryk szumu.
U zbiegu, Kanał Pierścienia rozdziela się na lewo i prawo, wykrzywiając się w widzialny pierścień, którego średnicę Dee ocenia na trzysta metrów. Więcej wysokich domów gro- madzi się dookoła niego, a w obrębie jest płaska wyspa do- stępna za pomocą mostów z otaczającej kolistej drogi. Ta centralna wyspa jest pokryta chatami z blachy falistej, na- miotami i szopami, pośród których wielu ludzi jest głośno zajętych. Światło dociera z napowietrznej powodzi oraz z wkładu każdej szopy w postaci lamp, rurek fluorescencyjnych, stro- boskopów, kabli optycznych, kabli świetlnych.
Tamara bierze kolejny skręt w prawo i zmniejsza obroty silnika, płynąc wzdłuż zewnętrznego brzegu, cichego pośród muzyki i handlu, rywalizujących ze sobą.
— Co się tutaj dzieje? — pyta Dee. "Tamara oszczędza jej spojrzenia. — Wieczór Piątego Dnia na Placu Okrągłym.
Małe molo pod wąskim mostem z kutego żelaza, z do- łączonymi schodkami. Tamara cumuje łódź i kieruje Dee na schody. Czeka na moście od strony brzegu i pomaga Tama- rze wyciągnąć torbę. Przychodzący i mijający ludzie, pary, grupy, dzieci unikające i omijające nogi i koła, młodzi na lub w pojazdach zbudowanych, żeby jeździć szybko i poruszać
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
się wolno, i rzeczy, które mogłyby być pojazdami, z tym że nie mają kierowców, prawie ją to odrzuca. — Racja — mówi Tamara — czas uczynić Cię legalną. Rusza wzdłuż mostu, Dee blisko za nią, jedna osoba w tłumie, która nie ma kłopotu z przejściem.
Większość straganów dookoła obwodu wyspy jest za- mknięta, ale ciągle podświetlona. Te, które były otwarte, sprzedają napoje i przekąski. Główna akcja dzieje się w kie- runku centrum, w pojedynku atrakcji wesołego miasteczka, dyskotek i koncertów rockowych. Dee zauważa scenę z ze- społem, który wygląda i brzmi całkiem jak Metal Petal, hit tygodnia w każdej knajpie na przedmieściach. Szybkie zbli- żenie i analiza dźwiękowa pokazuje, że to jest Metal Petal. (Dee słyszała o prawach autorskich, ale to jedna z tych rze- czy, w które nie do końca wierzy, pieśń odległej Ziemi).
Tamara zatrzymuje się przed rzeczą wielką jak automat z jedzeniem pomiędzy dwoma straganami. Maszyna jest po- kryta kurzem i rdzą. Ma czarny ekran na górze, siatkę gło- Śśnika i kanał na dole po jednej stronie, przez którą Tamara przesuwa kartę. Nic się nie dzieje.
— Hej! — krzyczy. Uderza w bok pięścią, robiąc huk. — Jebane IBM — mówi do nikogo w szczególności.
Światła pojawiają się w ciemnym okienku.
— Usługi Prawnicze Niewidzialnej Ręki — mówi maszyna głosem jak Bóg w starym filmie. — Jak mogę ci pomóc?
— Zarejestruj roszczenie autonomii dla porzuconej ma- szyny — mówi Tamara, łapiąc nadgarstek Dee i przyciskając dłoń do okna.
— Obie ręce proszę — mówi maszyna. — Oczy.
58
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
Dee rozkłada palce na szkle i zagląda, widząc swoje wła- sne odbicie i jasne poruszające się iskry światła.
— Jak chciałabyś bronić roszczenia?
— Ja będę je bronić! — mówi Dee z nagłym przypływem pasji Samej jaźni.
— Poprzez zasadę — dodaje uroczyście Tamara. — Oraz mnie, moich towarzyszy i wsparcie, jeżeli trzeba.
— Bardzo dobrze. Odnotowane i opublikowane.
Światła zgasły. Tamara ciągle trzyma nadgarstek Dee i obraca ją dookoła i łapie drugi... potem puszcza i klasz- cze w zamian w dłonie. Dee patrzy w oczy Tamary i widzi własne odbicie i przyśpieszające, obracające się światła za nią, podwójne targi.
— Dobra, dziewczyno! — krzyczy Tamara. — To Ty z paczką po Twojej stronie! To jest taka wolność, na ile jest możliwa!
Plus minus... potem o tym! A teraz... — Okręca się, żeby spojrzeć na dudniące centrum rynku na wyspie — ... bawmy się!
— Mówisz mi — powiedział Wilde z niedowierzaniem do robota — że Reid jest tutaj?
— Tak — odpowiedział Robot. — Dlaczego miałoby to cię zaskoczyć? Czy to jest bardziej wybitne niż Twoje bycie tu- taj?
Wilde uśmiechnął się kwaśno. Odepchnął pusty talerz i łyknął piwa. Pokręcił głową.
— Reid był jedną z ostatnich osób, które zobaczyłem — powiedział. — Z tego, co wiem, to on mógł być osobą, która mnie zabiła. I o ile jestem zainteresowany, to zdarzyło się dzisiaj. Chryste, ciągle czekam, żeby się obudzić.
59
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
— Obudziłeś się — powiedział Robot. — Możesz oczeki- wać pewnych emocjonalnych reakcji, gdy Twój umysł do- stosowuje się do sytuacji.
— Tak przypuszczam. — Posępność maskująca jego po- zorny wiek zapadła na obliczu Wilde'a. — Już tak się stało. Więc powiedz mi maszyno. Jestem tutaj i mówisz, że Reid jest tutaj. Co z innymi, których znałem? Co z Annette?
— Annette — powiedziała Maszyna ostrożnie — jest pośród Nieożywionych. Czy jej umysł jak również genotyp zostały zachowane, nie wiem, ale istnieją podstawy dla nadziei.
— Z powodu klonu?
— Tak.
— Muszę ją znaleźć i się dowiedzieć.
— Możesz się dowiedzieć, bez znajdowania jej — powie- działa Maszyna. — To jest. . . wyjaśnię jutro.
— Dlaczego nie teraz?
— Kłopoty — powiedziała Maszyna. — Nie odwracaj, póki czegoś nie usłyszysz.
Wilde odstawił szklankę. Jego ramiona zaczęły się gar- bić.
— Spokojnie — powiedziała Maszyna.
Drzwi do pubu uderzyły przy otwarciu i muzyka się za- trzymała. Rozmowy ciągle się toczyły przez kilka sekund, a potem się urwały w rozszerzającej się ciszy. Wszyscy się odwrócili.
Dwóch mężczyzn stało w drzwiach. Nosili luźne, mocno pogniecione garnitury, z rozpiętymi koszulami na podko- szulkach. Ich włosy były tak błyszczące jak ich buty, a pięści błyskały nabijanymi kamieniami. Jeden z mężczyzn zdaw- kowo wystawił kartę pokazującą jego zdjęcie i szary blok
60
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 61
małego druku. Drugi wyjął z kieszeni marynarki pognie- cioną kulkę płaskiego materiału. Złapał róg i potrząsnął. Z ostat- nim strzepnięciem nadgarstka, ustawił to w błyszczący, ko- lorowy plakat o wysokiej rozdzielczości przedstawiający ciem- nowłosą kobietę, która uciekła przed Wilde m i Robotem.
— Ktokolwiek ją widział? — zażądał.
Klienci pubu ciągle mogli zostać w przybliżeniu podzie- leni na dwie grupy, mężczyzn przy barze i dziewczyn przy stołach, choć już zaczęło się pewne mieszanie. Lekka lawina chichotów i westchnięć pojawiła się wśród kobiet, a szmer chrząknięć i lekko przesuniętych stołków i szklanek wśród mężczyzn. Każdy, kto chciałby coś powiedzieć, mógłby spoj- rzeć na mężczyzn przy barze, i znaleźć coś innego do patrze- nia, coś innego do powiedzenia.
W ciągu pół minuty, wszyscy znowu gadali. Mężczyźni przy barze wrócili do oglądania telewizji, gdzie komenta- tor prowadził wywiad z kapitanem zespołu, za którym ciała były wynoszone na noszach z areny. Jedyną osobą ciągle patrzącą bezpośrednio na ludzi z odzyskiwania był Wilde. Ten, który trzymał obraz, ruszył do przodu. Drugi poszedł za nim, bawiąc się rękojeścią rewolweru z miną odległej przy- jemności.
Mężczyzna z obrazem spojrzał w dół na Wilde'a i się uśmiechnął, pokazując idealne, ale dziwnie ukształtowane siekacze, długie kły. Opary perfum wylewały się z niego jak pot.
— Cóż — powiedział — wyglądasz na zainteresowanego. Duża nagroda, wiesz.
Wilde spojrzał niechętnie na obraz. Pokręcił głową.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 62
— Przypomina mi kogoś, kogo kiedyś znałem — powie- dział. — To wszystko. Ale nigdy jej tutaj nie widziałem.
Mężczyzna wpatrzył się w niego.
— Była tutaj — powiedział. — Mogę to wywąchać. — Od- wrócił głowę w jedną i drugą stronę, delikatnie wąchając, jakby jego oświadczenie było dosłownie prawdziwe. Drugi mężczyzna nagle radośnie krzyknął i złapał coś z podłogi.
Machnął tym pod nosem Wilde'a. Wilde lekko odsko- czył. Robot, pochylając się pomiędzy krzesłem a stołem, szarpnął do przodu kilka centymetrów.
Rzeczą, którą trzymał mężczyzna, była gazeta.
— Wiedziałem! — powiedział. — Cholerne abolki! Dobra, to wszystko. Wiemy, gdzie jej szukać!
Wciskając gazetę i plakat w kieszenie, obaj mężczyźni wyszli w kolejnej ciszy. Drzwi znowu uderzyły. Wróciła mu- zyka. Człowiekowaty za barem spojrzał na Wilde'a z miną głębokiej skruchy, potem wzruszył szerokimi ramionami i roz- łożył obie szerokie ręce, jego długie ramiona komicznie dłu- gie. Zakończone wzruszenie, odwrócił się i włączył muzykę, głośniej.
Wilde wrócił do swojego posiłku i wypił szklankę ły- kiem, który sprowadził łzy do oczu.
— Ciągle chce z nią porozmawiać — powiedział.
— Jeżeli jesteś zmartwiony gynoidenf!|- powiedziała Ma- szyna — to się nie martw. Jeżeli jest z abolicjonistami, to bę- dzie legalnie i fizycznie zabezpieczona przed odzyskaniem, przynajmniej przez jakiś czas. A jeżeli nie jest. .. — Maszyna poruszyła górnymi stawami przednich kończyn w parodii
I gynoid czyli android w formie kobiety, od gyne — gr. kobieta — przyp.tłum.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 63
wzruszenia ramionami. — Nie zamierzają jej skrzywdzić. Tylko naprawić błąd w oprogramowaniu. To nie jest ważne.
— Ponieważ jest tylko maszyną, tak? — Tak.
— Cóż, może to niedelikatne zwrócenie uwagi, ale Ty też jesteś.
— Oczywiście — powiedziała Maszyna. — Ale ja jestem równoważnikiem człowieka, a ona to seks-zabawka. Tak jak powiedziałem: po prostu jebana maszyna.
Systemy inwigilacji? Nie rozśmieszaj mnie. Każde na- granie zrobione dookoła centrum Plac Okrągłego jest nieod- wracalnie uszkodzone, zhakowane, połatane, pocięte i zre- miksowane. Nawet wspomnienia Dee są zrozumiale roztrze- pane: Żołnierka i Szpiegini po prostu się wyłączają z nie- smakiem, zostawiając jedynie proste odruchy w pracy. Lu- dzie podają narkotyki z ręki do ręki, maszyny przekazują wtyczki. Muzyka ma amplitudy i elektroniczny dopływ, który działa z tym samym efektem. Dee widzi Tamarę rozmawia- jącą z wysokim walczącym mężczyzną z przemysłowym ra- mieniem, zaczyna rozmawiać z pająkowatym gadżetem z ae- rografem i prostym umysłem. To myśli i potrafi rozmawiać, ale tylko o muralach. To zna powierzchnie betonowe, wła- Ściwości farby i fizykę aerozoli. To opowiada jej o tym, dość pokaźnie.
Mogłaby tego słuchać całą noc. Jest dobrą słuchaczką. Niemniej artysta widzi budowniczego, i bez wymówki lub pożegnania, odślizguje się przez tłum, żeby pogadać.
Tamara łapie łokieć Dee i patrzy za maszyną. Potem
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
odwraca się i Dee może, jak mówią, zobaczyć obracające kółka, gdy centra mowy przezwyciężają zatrucie.
W końcu słowa się wydostają.
— Nie równoważnik człowieka!
— Rozmawiałam z gorszymi mężczyznami — mówi Dee.
Dee bez myślenia podryguje, to jest własna umiejętność Samej Jaźni, kiedy zauważa podrygującego również męż- czyznę, który porusza się tak, jakby zakładał, że tańczy z nią. Jej wzrok przesuwa się od błyszczących, butów ze sztucz- nej skóry, przez spodnie i marynarkę jego luksusowego, ale niestylowego garnituru, przez miazmat obrzydliwego zapa- chu unoszącego się z zapoconego kołnierzyka podkoszulki w kołnierzu rozpiętej koszuli do jego...
twarzy!
...1 szok rozpoznania jednego z łapaczy, mężczyzn do odzyskania, wysyła wstrząs adrenalinowy, który budzi Żoł- nierkę. Wszystko zwalnia, prócz niej. (Muzyka przechodzi od disco do głębokiego industrialnego dubu.) Szybkie spoj- rzenie dookoła uruchamia pracę Chirurżki nad chrząstkami i ścięgnami jej karku i przywraca rozum, że Tamara wije się faliście kilka metrów dalej, jej plecy na wpół odwrócona, i za Tamarą, bokiem do Dee, jest kolejny łapacz. Jego ru- chy i postawa wyglądają, jak by pieprzył wirtualny obraz Tamary około metra przed prawdziwą, ale to tylko taniec na dyskotece. Jego wzrok ani na chwilę nie opuszcza prawdzi- wej Tamary.
Widzi spadający pot z włosów, gdy jego głowa się po- rusza. Wygląda na całkowicie zajętego przez przynajmniej kolejne kilka sekund.
64
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 65
Drugi łapacz, ten, który patrzy się na nią, zdecydowanie zauważył przesunięcie mentalne Dee (ten nagły rozmazany ruch głowy ją zdradził) i jego źrenice zmniejszają się do wielkości szpilki, tak jak powieki otwierają się szerzej. Dee jest świadoma pistoletu jako ciężkiego kształtu w miękkiej skórzanej głupiej babskiej torbie przy nogach, świadoma, że jej wąska spódnica jest oporem, który utrudni taktycznie oczywiste Śmiertelne uderzenie nogą.
Mogłaby krzyczeć, ale krzyk jest niczym w tym hałasie. Jedyny dźwięk słyszalny ponad tym musiałby być niesły- szalny, dla ludzkich uszu. Jej usta się otwierają, jej pierś się nadyma z prędkością naciskając na żebra i wydaje po- naddźwiękowy krzyk, który, ma nadzieję, jest słyszalny dla maszyn na setki metrów dookoła:
— Pieprzone IBM, pomocy!
Muzyka się zatrzymuje. Włączają się światła. Ludzie mru- gają i potykają. W tym samym momencie prawa dłoń Dee sięga w dół, jej prawa stopa kopie w górę za nią, ciągle w ruchu, który mógłby być częścią kroku tanecznego, i jej but na wysokim obcasie ląduje w jej dłoni. Trzyma go wy- soko jak młotek, gotowa przybić łapacza przez gałkę oczną. Zrozumienie tego posuwa się zmarszczkami przez mięśnie i naczynia krwionośne jego twarzy, gdy nagle przemawiają głośniki. Głos IBM, dla przyśpieszonych zmysłów Żołnierki Dee, teraz brzmi głębiej i groźniej niż cokolwiek w okolicy:
— Zagrożenie klienta Niewidzialnej Ręki. Proszę o po- moc.
Łapacz się cofa, ten za Tamarą także. Wszyscy inni wy- glądają chwilowo na wytrąconych z równowagi, prócz Ta- mary, która patrzy na Dee ze wzrastającym zachwytem. Za-
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
maszyste spojrzenie Dee po tłumie, zanim Żołnierka wyco- fuje się na pozycje obserwacyjne, wskazuje, że są tam inne twarze, usiane w tłumie, odpowiadające na wezwanie naj- lepiej jak potrafią: spinając się, wstając, czołgając się lub, w przypadku jednej lub dwóch maszyn, wysuwając się tele- skopowo. Ci ludzie zaczynają intonować, powoli z klaska- niem:
— Precz! Precz! Precz!
I Dee pcha mężczyznę, i Tamara pcha, i obaj łapacze są popychani, poniewierani od jednej osoby lub robota do następnej, aż są wyrzuceni na krawędź tłumu w czekający uchwyt kilku ciężkich motocyklistów, którzy eskortują ich dalej.
— Ok — mówi Dee. Uśmiecha się dookoła i zakłada but, macha i woła:
— Dzięki wszystkim! — dziewczęco wdzięcznym głosem, który posyła Żołnierkę w skręty zażenowania i sprowadza lekki rumieniec na policzki.
Muzyka i światła wznawiają rytm.
Dee tańczy, ale wie, że następnym razem nie będzie już tak łatwo. Ci goście mogą już nie wrócić, ale ktoś przyjdzie.
Dee jest w małym pokoju na szczycie budynku Placu Okrągłego, z widokiem na Kanał Pierścienia. Tamara spro- wadziła ją do mieszkania w tym wysokim domu, po czymś, co wyglądało jak godziny na imprezie na wolnym powie- trzu, i udała się spać do własnego pokoju wyjaśniając prze- praszająco, że jutro wcześnie rano zaczyna pracę.
— Ax Ci ze wszystkim pomoże — powiedziała jej.
66
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 67
Dee jest przyzwyczajona do niejasnej ludzkiej mowy. Nie pyta się o wyjaśnienia. Jej własne ludzkie ciało i nerwy są zmęczone. Nie potrzebuje spać, ale potrzebuje spoczynku, i marzeń sennych. Jedna pod drugiej jej Jaźnie wyłączają się, wchodzą w tryb offline, pakują, asymilują i integrują wyda- rzenia dnia.
Pokój jest uwodzicielsko komfortowy, przy deszczu bęb- niącym o dach tuż za opadającym sufitem, oknami mansar- dowymi zapewniającymi więcej kątów dla wzroku, toaletka z pozamykanymi butelkami i pojemniczkami, korale, szale i wstążki zwisające z lustra, wycięte zdjęcia mody przycze- pione do Ściany, tuzin lalek na półce. W rogu stoi wygięte, wyłożone satyną, wiklinowe krzesło, kredens przy Ścianie (zamknięty) i łóżko z bałaganem kołdry i poduszkami ob- szytymi koronką. Jest coś delikatnie niepokojącego w ludz- kim zapachu na tle kwiatowych i piżmowych woni, ale nie martwi się analizą tego.
Zdejmuje ubrania, układa lub wiesza je, poprawia tem- peraturę ciała dla komfortu i kładzie się do łóżka. Jej po- wieki zamykają widok z okna na znajomą rzeczywistość Miasta Statku: wilgotne, ociekające miasto wież z krzemianu, miasto pożyłkowane kanałami, zatłoczone osieroconymi gwiezd- nymi podróżnikami i wolnymi lub zniewolonymi automa- tami, nawiedzanych przez Szybkich i Nieożywionych. Jej umysł rozwija Fabułę, która tworzy kolejny odcinek jej bez- ustannej głównej roli w samonapędzającej się operze my- dlanej przesiąkniętej całym romantycznym splendorem sta- rożytnej Ziemi, gdzie...
... jest najstarszą córką Senatora, przeznaczoną do odzie-
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
dziczenia jego miejsca w Dumie oraz wszystkich przywile- jów z demokratycznego namaszczenia, ale zostaje porwana przez agentów Korporacji Górniczej Archipelago i przetrzy- mywana przez młodego, mrocznego i diabelskiego dyrek- tora, który chce jej w swoim haremie i jest gotów wymie- nić jej życie za jej rękę w konkubinacie i poważne koncesje na Antarktydzie, a osobiści i fanatycznie lojalni czeczeń- scy strażnicy jej ojca walczą przez kręgi brutalnych obroń- ców dyrektora, podczas gdy ona stoi, ubrana w jedwabie i owiana perfumami na balkonie wieżowca lorda narkoty- ków Kuomintangu w sercu starego Nowego Jorku obserwu- jąc czołgi walczące na ulicach poniżej i czekając na przy- ciśniętych Czeczenów, by sprowadzili posiłki zdesperowa- nych plemion południowego Bronksu obietnicą rabunku, i sły- szy ciche kroki za nią i dyrektor, którego twarz, prawdę po- wiedziawszy, wygląda niesamowicie podobnie do jej wła- Ściciela, pada przed nią na kolana i mówi jej, że on na- prawdę, szczerze, kocha tylko ją i ma wyrzuty sumienia i wy- puści ją, jeżeli tylko... I tak dalej. To o tym śnią androidy, lub raczej gynoidy.
Stukanie w drzwi. Natychmiast wraca do pełnej świado- mości, jej wewnętrzny zegar mówi jej, że jest wczesne rano.
— Chwilę — mówi.
Mały czyściciel-szkodnik usunął każdą plamkę organicz- nego brudu z jej ubrań. Wytrząsa je bez myślenia i ubiera się w rozmytym ruchu (użyteczna umiejętność Żołnierki, którą „wycięła i wkleiła” w Samą) i woła:
— Wejść.
68
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
Chłopiec, który wchodzi, niosący tacę z kubkiem kawy i miską płatków, wygląda na około dwanaście lat, na pierw- szy rzut oka. Jest czarny, drobnej budowy, delikatnymi ry- sami i szokiem czarnych włosów. Gdy Dee skanuje go od góry do dołu, wszystko w czasie uśmiechania i mówienia „cześć”, zdaje sobie sprawę, że chłopiec jest znacznie star- szy, niż na to wygląda. Nie ma sposobu, żeby tak wiele do- świadczenia mogłoby się odcisnąć w napięciu mięśni twa- rzy, spojrzeniu w oczach, w tylko dwanaście lat. Nie tutaj, nie w Mieście Statku. Mają prawa przeciwko rzeczom tego rodzaju.
— Ty musisz być Ax — mówi, zabierając tacę. — Dzięki. — Gestem wskazuje mu krzesło. — Tamara wspomniała o To- bie.
— Wzajemnie — mówi chłopiec, siadając z jedną stopą na drugim kolanie. — Więc Ty jesteś Dee Model, co? Główna sympatia wielkiego szefa Reida.
Dee patrzy na niego, jej kolana wyszukanie razem, taca balansuje na nich, łyżka prawie w ustach. Odkłada ją, robiąc mały brzęk o bok miski. Uspokaja tacę oraz swój głos.
— Skąd o tym wiesz?
Ax pokazuje białe zęby.
— Jesteś znana. — Jego szczerzenie staje się dziwne, po- tem ustępuje uspokajającemu uśmiechowi. — Niezupełnie. Twój pan miał cię ze sobą na imprezie w zeszłym roku, zdjęcie pojawiło się na czatach plotkarskich. — Jego oczy rozogniskowują się na chwilę. — Niezła sukienka — mówi.
— Nie myślałam tak — mówi Dee. Zaczyna jeść. — Musia- łam być w Seksie przez większość czasu, żeby jej noszenie było znośne.
69
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
Ax parska.
— Tak czy inaczej. — Dee się rumieni. Programy Szpie- gini utrzymują jej głos równy i cichy. — Czy szukają mnie? Ogłoszenia nagród?
Kolejne spojrzenie poza, on ma łącze korowe, zdaje so- bie sprawę Dee, rzadka własność tutaj. Większość intym- nych interfejsów z siecią, które większość ludzi toleruje to kontakty, małe okrągłe ekrany, które wsuwasz nad oko.
— Jak na razie nic — mówi Ax, uwaga przyciągnięta z po- wrotem. — Sądzę, że jest zażenowany. Mam na myśli, Twoja chodząca lalka wychodzi od Ciebie, to nie tak jakby Twój samochód został skradziony, wiesz, co mam na myśli?
— Tak — mówi Dee. Myśl o prawdopodobnym szale i po- niżeniu jej właściciela sprawia, że jej kolana, pomimo wszyst- kiego, drżą. Odkłada tacę i sięga po torebkę.
— Papieros?
— Cokolwiek — mówi Ax. Ma zapalniczkę na łańcuszku dookoła szyi i porusza się szybko, żeby zapalić jej, potem siada z powrotem zajęty swoim.
— Więc dlaczego wyszłaś? — pyta. Jego ton jest ani przy- jazny ani lubieżny. To jak profesjonalne pytanie, ton lekarza lub inżyniera przy pacjencie.
— Nie znęcał się nade mną — odpowiada. — Nie przeszka- dzała mi służba lub seks. Przeszkadzało bycie niewolnikiem.
— Zdaje się, że powinnaś to lubić — mówi Ax. — To jest wpisane na twardo.
— Wiem — mówi Dee. Rozgląda się dookoła za popiel- niczką, wzdycha, w umyśle nadpisuje procedury Służącej i strząsa popiół do pustej, brudnej miski. — I ja to lubię. Uwa- żam to za satysfakcjonujące. Jednak tylko seksualnie. Nie
70
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 71
w każdy inny sposób, nie w moich oddzielnych jaźniach. A kiedy to zrozumiałam, że, to, co robiłam, było... wkleiłam moje programy Seksu w ten obszar, zamaskowałam to wszystko z Samej, i uczyniłam się wolną.
— Niesamowite — mówi Ax, jakby to było coś innego. — Zatem to prawda, co mówią: informacja chce być wolna!
Dee potrząsa głową.
— To nic takiego wspaniałego — wyjaśnia. — Zdarzyło się to gdy załadowałam znacznie więcej narzędzi, niż kiedykol- wiek powinnam mieć. — Próbuje przypomnieć sobie te dru- gie narodziny, kiedy przeskakiwała pomiędzy tymi różnymi Jaźniami i zobaczyła siebie, widmowe odbicie we wszyst- kich oknach.
Ax marszczy brwi. Prztyka palcem i niedopałek papie- rosa gaśnie w resztkach mleka w misce. Zaciekawiony czyścik-pełzak spłaszcza się, chowając przednie segmenty.
— Kiedy to się zdarzyło? — pyta.
Dee uśmiecha się dumnie, pragnąc podzielić się zaufa- niem.
— Wczoraj — odpowiada.
Usta Ax są otwarte przez chwilę. Przez sekundę mina „już to widziałem” znika z twarzy. Wygrzebuje paczkę pa- pierosów z rękawa podkoszulki i zapala jednego bez myśle- nia, nie patrząc, nie oferując.
— Ale dlaczego w ogóle — kontynuuje — załadowałaś to całe dodatkowe oprogramowanie? Co Cię do tego zmusiło?
Dee czuje się zagubiona. Trudno jest wracać do jej wcze- Śniejszej prostoty, kiedy przełączała się z jednego umysłu do kolejnego i to była ona, to było jej życie. Nie była mniej
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 12
świadoma wtedy niż jest teraz, ale to była niepodzielona, naiwna, posłuszna świadomość, bez perspektywy. Niemniej nawet wtedy, gdzieś w Samej, istniało pragnienie wiedzy. I możliwość nadeszła, a ona z niej skorzystała, z czymś, pa- trząc teraz, co byłoby słodkim zapewnieniem, że jej właści- ciel byłby zadowolony.
— Instynkt — mówi z lekkim śmiechem. Ax prycha i prze- wraca oczami.
— Dobrze — mówi Dee nagle ukąszona. — Może to przy- szło z biologicznego ciała lub fragmentów biologicznego mózgu!
— Zostawimy ten argument drugiej stronie — mówi Ax.
— Drugiej stronie czego?
— Drugiej stronie sprawy — wyjaśnia z wymuszoną cier- pliwością. — W ten czy inny sposób, to się skończy w sądzie. Wiesz o prawie?
— Och tak — odpowiada Dee jasno. — Mam umysł tu- taj nazywany Sekretarką. Ma precedensy, których mam po dziurki w nosie.
— Dobra — mówi Ax stanowczo, wstając — sugeruję, że- byś je przejrzała. To może wydawać się bardzo inne, tyle mogę ci powiedzieć.
— Ok — mówi Dee. Ax trzyma drzwi otwarte, czekając. Dee wstaje.
— Co teraz?
Patrzy na nią od góry do dołu.
— Myślę, że zakupy. — Jego głos zawiera zniewieściałą pogardę.
Podnosi torebkę, wciska pistolet za spódnicę i się roz- gląda. Nic nie zostawiła.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 73
— Ładny pokój. — Mój — mówi Ax. — Byłbym szczęśliwy, mogąc dzielić go z Tobą.
Zewnętrzne drzwi budynku uderzają za nimi.
— Zostań — rozkazuje temu Ax.
Magnetyczne zawiasy blokują je, brzęcząc. Ax uśmie- cha się do niej i rusza w lewą stronę. Dee rozgląda się, gdy kroczy koło niego. Dom, z którego wyszli, ma cztery pię- tra i jest wąski. Ta jak wszystkie tutaj dookoła, w klasycz- nym zatłoczonym stylu brzegu kanału, ale nie ma wybla- kłych murów ceglanych czy kontrastujących spoin, żadnych parapetów lub okien. Wszystko jest betonowe, skóra narzu- cona w pośpiechu na siatkę drucianą siatkę nad żelaznymi koścmi, grafitti jedyną, i właściwą, dekoracją. Wieże igli- cowe miasta wynurzają się jak żurawie konstrukcyjne ponad budynkami, redukując je do chatek na miejscu.
Dym unosi się pomiędzy straganami, para z chodników. Mgła unosi się nad powierzchnią kanału. Malunki sprayem na murach stają się coraz bardziej namiętne, sięgając punktu kulminacyjnego z zaciśniętych pięści, chmur w kształcie grzyba i dinozaurów przy wejściu do alei.
Ax zatrzymuje się i macha do wewnątrz.
— Tędy.
Aleja nie ma trzech metrów szerokości, ale to ulica han- dlowa na swoich własnych prawach, i w odróżnieniu od tego, co Dee widziała na razie w sąsiedztwie, posiada wypraco- wany urok, nazwy sklepów wymalowane w pracowitym na- Śladownictwie kaligrafii dwudziestopierwszowiecznych ozna- czeń galerii handlowych. Przy pierwszej wystawie w oknie
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
Ax czeka zniecierpliwiony, gdy Dee ogląda dioramę ska- mielin, rzekomo faunę starego dna morskiego planety. Na- ukowczyni ma inną wizję i łacińskie nazwy, których Dee nie zna, unoszą się rozpraszająco przed jej wzrokiem. Wewnątrz sklepu, skamieliny są zamieniane w amulety i ornamenty. Dziewczyna przy szlifierce unosi maskę na twarzy, rzuca Dee zapraszający uśmiech i wraca — zdziwiona lub zasko- czona reakcję Naukowczyni Dee — do pracy. Lotne zapachy lakieru, politury, kleju i smarów unoszą się przez drzwi ra- zem z piskiem karborundu na kamieniu.
Jest i sklep sprzedający fajki i narkotyki, kiosk z gaze- tami, gdzie Dee widzi kopie Abolicjonisty i mniej jasne ty- tuły jak Farmy, nano targ, jądrówki, stragan pełen wybla- kłych śmieci opisanych „Stary nowomarsjańskie artefakty obcych”. W tym całym krytycznym guzdraniu się Dee, Ax tylko mamrocze i pali. Dee cieszy się z tej odmowy, choć jest trywialna, przyjęcia ludzkich priorytetów. Ćwiczenie wol- nej woli.
Jednak podziela widoczną rozkosz Axa, kiedy docierają do pierwszego butiku, jaskini ubrań i akcesoriów. Wprowa- dza ją do środka i przebywają tam przez godzinę, która mija jak minuta i potem idą do następnych sklepów z ubraniami, do małych studii artystów kosmetyków i laboratoriów jubi- lerów. Przez cały czas Ax wydziwia dookoła niej z nieświa- domą intymnością, która nie zmienia się w zależności od jej stanu ubrania lub rozebrania. Potrafi określić, że przyjem- ność, jaką z niej czerpie, jest estetyczna, nie erotyczna. So- ftware Seksu jest czuły na takie rozróżnienia: potrafi odczy- tać fizjologię rumieńca, zmierzyć rytm pulsu i rozszerzenie źrenicy, i wie, że nie ma pragnienia w dotyku tego chłopca.
74
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 75
Na odległym końcu alejki jest kawiarnia. Siedzą tam pod nagłym światłem południowego słońca nad wąskimi ulicami, sączą kawę, palą, otoczeni przez ich zakupy. Dee odrzuca swój trzeźwy styl na rzecz czegoś wariackiego i punkowego. Pyszni się w skórze, sznurowania i koronkach, satynie i je- dwabiu, kolcach i ćwiekach. Wygląd, który nie robi wra- żenia na większości dwunastoletnich chłopców, stymuluje większość mężczyzn. Ax patrzy na nią jak na dzieło sztuki, które ukończył, a którym w tym momencie jest.
Dee bawi się zapalniczką, patrzy spod grzywki jej na nowo ustylizowanych włosów. Chce coś powiedzieć, ale nie wie jak zapytać.
— Oszczędzę Cię — mówi Ax. — Znaczy, jeżeli zażeno- wanie jest w Twoim repertuarze. Seksualnie mówiąc, nie je- stem w grze. O grze, czasem, może. — Pstryka palcami. — Nie gej, nie kastrat. Tylko chłopiec, trwale niedojrzały.
— Dlaczego? — pyta Dee. — Czy to choroba?
— Śmiertelna — szczerzy się Ax. — Coś tam, gdzie geny napotykają maszynki: błąd. Wirus. Coś, co rodzice złapali w trakcie długiej podróży. Szczęśliwie nie startuje, póki nie przejdę dojrzewania. Więc zablokowałem mój biologiczny wiek nieco wcześniej niż inni.
— I nie ma na to leku?
Kąciki ust Axa opadają.
— Jeżeli jest, jest u szybkich umysłów. Najlepszą radą było zapomnieć o tym, innymi słowy. Ale nie mógłbym za- pomnieć. Powód zaangażowania się w abolicjonizm. — Śmieje się. — Moje szanse na bycie mężczyzną są razem z powraca- jącymi Nieożywionymi i znowu działającymi szybkimi umy- słami. Pffft.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
— Hmmm. — Dee czuje smutek. Co za szkoda. Wpada na sprytną myśl. — Mógłbyś dojrzeć jako kobieta — mówi.
— Dobra, dzięki — odpowiada Ax, przez chwilę dąsając się i pozując. — Rozważyłbym to, ale naprawiacze mówią mi, że wirus reaguje z hormonami niezależnie od płci. Więc utknąłem z niczym i po przewidywalnym okresie wściekło- Ści i dąsania, zdecydowałem się, że równie dobrze mogę roz- wijać się jako ktoś, komu zazdrosny mężczyzna mógłby za- ufać ze swoją kobietą. — Wciąga dym i wydycha elegancko. — Niezależny, profesjonalny eunuch i pedał na pół etatu.
Podczas gdy Dee ciągle o tym myśli i zastanawia się, czy los Ax nie jest, przy wszystkich sprawach, gorszy niż jej, dodaje:
— Zanim odkryłem swoją kondycję, byłem całkiem nor- malnym chłopczykiem. — Wzdycha. — Zniewieściałość jest tylko pozą, Dee, tylko pozą. A w przypadku, gdyby ktokol- wiek zapomniał, mogę też być skrajnie brutalny.
— Dlaczego się w tym nie wyspecjalizowałeś? Strażnik lub wojownik lub...
— A ryzyko śmierci? — Ax śmieje się rubasznie. — Cza ja wyglądam na głupiego?
— Nie. — Dee uśmiecha się do niego przyjaźnie, siostrze- nie (teraz gdy zrozumiała, że to jedyna relacja), ale przestaje go żałować. Rozumie, że sobie dobrze radzi. Dziwny jak łyska, myśli, a gdy wstają do wyjścia, pcha Naukowczynię zrzędliwie do przeszukiwania starych odziedziczonych baz, żeby odkryć co to kurwa jest łyska.
— Zatem dożyłem statków — powiedział Wilde. Unosi się
76
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 17
na łokciu i się rozgląda po pokoju, w którym leżał przebu- dzony przez dziesięć minut.
— Dzień dobry — powiedziała Maszyna. Leżała na pod- łodze w rogu pokoju. Pokój był na górze Mili Malleya, tani w wynajmie, zawierał prysznic, krzesło i łóżko. Był nad- zwyczajnie odkurzony, dzięki maszynom wielkości i kształtu stonogi, które czmychały po podłodze.
Wilde patrzył na Maszynę. — Co robiłeś przez całą noc?
— Strzegłem cię — odpowiedziała Maszyna. Chwilowo wyprostowała swoje kończyny, potem je złożyła. — Przeszu- kiwałem sieci miasta. Śniłem.
Wilde pozostawał oparty na jednym łokciu, patrząc na Maszynę z nagłą brawurową ciekawością.
— Nie wiedziałem, że maszyny Śnią.
— Również wspominam — powiedziała Maszyna. — Kiedy jest czas.
Wilde kwaśno się uśmiecha.
— Zdaje się, że czasu masz dużo, myśląc tak bardzo szyb- ciej...
— Nie — warknęła Maszyna. — Mówiłam Ci. Jestem ma- szyną równoważną człowiekowi. Mój subiektywny czas jest prawie taki sam jak Twój. Bez wątpienia moje połączenia są szybsze niż Twoje reakcje, ale świadomość, która podtrzy- muje ruchy, działa w tym samym tempie.
— Naprawdę? — Wilde wstał z łóżka, spojrzał na ciało
z przebłyskiem ponownego zaskoczenia, uśmiechnął się, umył twarz i szyję i się ubrał.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
— Więc powiedz mi Maszyno — powiedział, gdy wkła- dał buty — jak powinienem cię nazywać? Przy okazji, czym jesteś?
— W zasadzie — powiedziała Maszyna, odłączając prze- wód z gniazdka w Ścianie i powoli zwijając go do obudowy — jestem platformą konstrukcyjną inżynierii lądowej, samo- dzielną, napędzaną jądrowo, odporną na piasek. A co do mo- jego imienia. — Zatrzymała się. — Możesz mnie nazywać, jak chcesz, ale byłem znany jako Jay-Dub.
Wilde się roześmiał.
— To wspaniale! To wystarczy.
— „Jay-Dub” wystarczy — powiedziała Maszyna. — Nie bez godności. Dziękuję, Jonie Wilde.
— Cóż, Jay-Dub — powiedział Wilde z nieśmiałym uśmie- chem — chodźmy na śniadanie.
— Tak zrób — powiedziała Jay-Dub. Rozwinęła swoje ra- miona i wstała, rozwijając Śmieci z podartych foliowych pan- cerzy z teraz nieruchomymi nóżkami i zamglonymi soczew- kami. — Już jadłem.
Mila Malleya była cicha, bar zamknięty, wyczyszczony, wypolerowany i z zawieszoną szmatką do suszenia, kiedy zeszli ze schodów i wyszli przez samoblokujące się drzwi.
— Ufnie — zauważył Wilde, gdy pozwalał drzwiom się zamknąć.
— To uczciwe miejsce — powiedziała Jay-Dub. — Mało jest po drodze drobnej kradzieży. Z powodów, które na pewno znasz.
Małe słońce było nisko nad wieżami, kładąc koronkowe
78
Rozdział 3. Dzieciak Terminal
cienie na ulicy. Łódki i barki płynęły w dół kanału, kierując się na zewnątrz miasta.
— Gdzie one jadą? — spytał Wilde. Mężczyzna i Robot szli w kierunku małego doku około stu metrów w górę ulicy. W doku były budki z jedzeniem.
— Kopalnie lub farmy — powiedział Robot. — Nie są tu- taj całkowicie różne. W obu przypadkach są kwestią użycia nanotechu, naturalnego lub sztucznego, żeby skoncentrować rozproszone molekuły w użyteczną formę.
— I ludzie pracują przy tym? Co robią roboty?
— He, he, he. — Kontrola głosu Jay-Dub była zaawan- sowana, mogła parodiować mechaniczny śmiech. — Roboty albo są bezużyteczne dla takich celów, albo zbyt użyteczne, żeby je na to marnować.
Mały dok był zajęty. Ludzie, w większości typu czło- wiek, ale z kilkoma innymi typami człowiekowatych po- między nimi, ładowali, lub rozładowywali wory warzyw lub minerałów z długiej wąskiej barki. Elektrycznie napędzane ciężarówki wycofywały się na nabrzeże, załadowane. Ro- dzina, czegoś, co wyglądało jak gibony z nadętymi czasz- kami, ciągnęła sieć pełną skaczących, srebrnych ryb po na- brzeżu i wysypywała je do zardzewiałych basenów za jed- nym ze straganów, gdzie tęga kobieta natychmiast zaczęła je patroszyć i grilować. Wilde zatrzymał się tam i, jakoś z wahaniem oraz wskazywaniem, dostał od niej rybę, liście i chleb. Kawa była na sprzedaż w szklanych kubkach, zastaw do zwrotu.
79
Wilde zabrał swoje śniadanie na krawędź nabrzeża i usiadł,
nogi wiszące, i wolno jadł, rozglądając się. Robot skulił się koło niego.
Rozdział 3. Dzieciak Terminal 80
— Czas, żebyś mi opowiedział różne rzeczy — powiedział Wilde. — Powiedziałeś, że mnie stworzyłeś. Co to znaczy?
— Sklonowałem Cię z komórki — powiedziała Maszyna. — Wyhodowałem w kadzi. Puściłem program, który włożył Twoje wspomnienia na Twoje synapsy. — Mruczała, zdalnie. — To ostatnie mogło Cię zabić, więc zachowaj to dla siebie.
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Potrzebowałem Twojej pomocy — powiedziała Jay-Dub. — Do walki z Davidem Reidem i aby zmienić ten świat.
Wilde patrzył na Maszynę dłuższy czas, jego twarz tak nieodgadniona jak czysta powierzchnia Maszyny.
— Już mi powiedziałeś, czym jesteś — powiedział. — Ale kim jesteś? Prawda, tym razem. Cała prawda.
— Czym jestem — powiedziała Maszyna, tak cicho, że Wilde musiał się pochylić bliżej, ucho do siatki pomiędzy metalowymi pokrywami — to długie i złożone zagadnienie. Niemniej jednak byłem Tobą.
Rozdział 4
Haczyk
— Jeżeli jesteś zainteresowany, będziesz tam.
Pociąg szarpnął. Oświetlone lampami sodowymi brązowe budynki Carlisle zaczęły się przesuwać.
— Co? — Wyrwany z transu wywołanego pociągiem, nie byłem pewien, czy nie śniłem tej uwagi. Mężczyzna po dru- giej stronie tak zwanego stolika Pullmana nosił płócienną czapkę i kurtkę z jakiejś błyszczącej substancji, która kie- dyś mogła być sztruksem. Jego spłowiała koszula w kratkę wyglądała jak góra pidżamy. Popijał w cichej determinacji z butelki Bell całe długie popołudnie z Euston.
"Teraz potarł brązową dłonią po szczęce, pocierając biały zarost na niezdrowej skórze i powtórzył wypowiedź. Uśmiech- nąłem się desperacko.
— Rozumiem — skłamałem. — Bardzo prawdziwe.
— Będziesz tam — powiedział. Sięgnął po butelkę, określił pozostałą zawartości na podstawie wagi i odstawił ją na sto- lik, potem zaczął zwijać papierosa drugą dłonią. Jego wzrok, ostry ze sporadycznym wpadaniem w mglistość, spoczywał na mnie przez cały czas.
— Gdzie? — Spojrzałem w bok, otworzyłem paczkę Silk Cut (mój gest ku zdrowszemu życiu). Moje odbicie jarzyło
Rozdział 4. Haczyk
się w wirtualnym widoku na zewnątrz pociągu. Rozmokła lutowa wieś sączyła się w dal.
— Niy mo znaczynio — powiedział mężczyzna, wydycha- jąc dym i kwaśny zapach trawionej whisky. — Gdziekolwiek. Moga pedzieć. Jesteś zainteresowany. — Przerwał, przechy- lił głowę i spojrzał na mnie chytrze. — Ty żeś jednym z tych miyndzynorodowych socjalistów. Moga pedzieć.
Znowu się uśmiechnąłem i potrząsnąłem głową.
— Przepraszam, ale się mylisz, jestem. ..— Zatrzymałem się, nie umiejąc wytłumaczyć. Spędziłem tydzień na bada- niach w bibliotece LSHTJi kłócąc się z moim ojcem. Moja głowa brzęczała od marksizmu.
— Och, w porządku synu — powiedział. — Ah, wiysz, iże mosz przeróżne podziały. Niy tropia sie niymi. Jesteś inte- lektualistą, a ja jestem tylko emerytowanym robotnikim. Ale chcesz nos.
Po tym otworzył butelkę, wziął łyka i podał mi, uprzej- mie wycierając rękę o swoje udo, a potem o brzeg butelki, żeby usunąć jakiekolwiek szkodliwe bakterie.
— A potem co się zdarzyło? — spytał Reid.
Skręciliśmy, zgarbieni przed mżawką, w Park Road, koło pseudo-Tudorowego frontu pubu Blythswood Cottage i schy- liliśmy się w wejściu do Voltaire i Rousseau, najlepszego antykwariatu w Glasgow. Wpadłem na Reida w porze lun- chu, po braku kontaktu z nim przez kilka tygodni, częściowo dlatego, że ciężko pracowałem nad moją dysertacją, a czę- ściowo dlatego, że Reid albo był politycznie aktywny, albo był z Annette. W pierwszym miesiącu ich związku, raz lub
I London School of Economics — przyp.tłum.
82
Rozdział 4. Haczyk 83
dwa poszedłem z nimi obojgiem na drinki, ale uznałem, że kontynuowanie tego jest zbyt niezręczne.
— Zasnął. — Roześmiałem się. — Zostawiłem butelkę samą i obudziłem go na Centralnym. Wydawał się nie pamiętać całego incydentu. Wyglądało, jakby mnie nie rozpoznawał.
W tym czasie obaj poruszaliśmy się bokiem, głowy prze- chylone, systematycznie przeglądając półki, które pokrywały ściany wąskiej księgarni. Najpierw oczyścilibyśmy dział po- lityki i filozofii, potem — jeżeli mielibyśmy jakąkolwiek wolną gotówkę — przeszlibyśmy do tylnego pokoju, sprawdzić ta- nie powieści SF w miękkich okładkach. Jeden z właścicieli księgarni — wysoki, pulchny, wesoły facet z rzadkimi wło- sami i grubymi szkłami — spojrzał znad książki przy kasie z uśmiechem i skinieniem głowy. Ten, zdecydowałem, mu- siał być Rousseau, jego chudy i ponury partner, Voltaire.
— Prawdopodobnie stary ILP, czy coś — wymamrotał Reid, skacząc na tom Dietzgeną?|z Charles H. Kerr £ Co. Zdmuch- nął kurz i kichnął.
— Funt pięćdziesiąt! — powiedział po cichu, żeby Rous- seau nie mógł dosłyszeć jego radości i odkryć, jaką okazję przepuszczają. Odwrócił się od swojego znaleziska, głowica odczytu przesuwająca się wzdłuż taśmy pamięci półek.
— Wiesz — kontynuował — czasem robi mi się niedobrze, gdy pomyślę o tych starych bojownikach wysprzedających swoje biblioteki, żeby uzupełnić swoje emerytury. Lub umie- rających, a ich dzieci... Boże wyobraź ich sobie, palanty w średnim wieku, średnia klasa, zawsze trochę zawstydzeni
2 niemiecki filozof socjalistyczny. Niezależnie od Marksa i Engelsa rozwi- jał teorie materializmu dialektycznego, zob. https://en.wikipedia.org/ wiki/Joseph_Dietzgen — przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 84
chaotycznymi wspomnieniami staruszka ...przeszukujący jego żałosne graty i odkrywający półkę socjalistycznej kla- syków, i już je zostawiających, kiedy nagle błysk kilku fun- ciaków rozświetla ich chciwe oczy.
— Równie dobrze dla nas — powiedział, poszerzając pal- cami miejsce pomiędzy dwiema książkami, żeby wyciągnąć wystającą broszurę. — To ci, którzy kończą na czubku, że... hej, popatrz na to!
Nie dbałem, kto słyszał. To była na pewno unikalna, żyjąca skamielina: broszura z okresu wojny Towarzystwa Rosja Dzisiaj”] zatytułowana Sowieccy Milionerzy. Nie była długo w obiegu, nie po tym, jak SPWB zajęła je jako dowód nie do odrzucenia, że socjalistyczna fasada ZSRR ukrywała klasę bogatych właścicieli.
— Słyszałem o niej od mojego ojca — powiedziałem Re- idowi. — Ale nigdy nie miał kopii. Wyślę mu ją.
— Mówiłem! — Reid wyszczerzył się do mnie z drabinki. — Jesteś takim bezinteresownym bękartem! To właśnie zoba- czył w Tobie ten stary koleś! Jesteś dziedzicznym socjalistą!
— Ideologia jest dziedziczna? — zadrwiłem. — W takim razie kim Ty jesteś?
— Chciwym kułakienf”] chyba — powiedział szczęśliwie. — Ach, a co z tym? — Otworzył książkę i przeglądał wy- klejkę. — Stirner, Jedyny i jego własność, własność Koła Ro- botników Anarchistycznych w Glasgow, 1943. Pięć funtów.
ps: iki i Friendship_ Society Eoin.
pejoratywne określenie stosowane w ZSRR, a następnie w państwach bloku wschodniego wobec bogatego chłopa uznanego za zdziercę, wroga klasowego i „pijawkę na zdrowym ciele społeczności wiejskiej”, więcej https://pl.
wikipedia.org/wiki/Ku%C5%82ak - przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 85
Wpatrzyłem się w niego, z otwartymi ustami. Nie zda- wałem sobie sprawy, że sięgam po nią, póki jej nie odsunął.
— Nie-e. Znalezione niekradzione.
— To Cię nie zainteresuje — powiedziałem.
— Och, nie wiem. — Reid zszedł z drabiny, trzymając książkę jak czarny Graal przed moimi oczami. — Młodzi he- gliści, Ideologia niemiecka li tak dalej. Wiedza marksistow- ska.
— Masz mnie!
— Tak, dokładnie — powiedział Reid. — Ale mam powód. Zamierzam to kupić, i jak tylko stąd wyjdziemy, zamierzam ci to sprzedać za dziesiątaka.
Zero lunchy przez dwa tygodnie i znowu bułki. Mogłem sobie poradzić.
— Umowa stoi! — prawie krzyknąłem.
Reid zrobił krok do tyłu i spojrzał na mnie badawczo.
— Tylko testowałem — powiedział. Włożył książkę w moje ręce. — Zdałeś.
W szarym, ołowianym Świetle palarni Związku, powie- trze gęste od nieapetycznego zapachu starej kawy, siedzie- liśmy w zużytych fotelach i przeglądaliśmy nasze nabytki. Uśmiechnąłem się na pokrętną dialektykę apologetów wo- jennych, zmarszczyłem brwi na wymuszony humor wiel- kiego amoralisty. Faszyzm, komunizm i anarchizm wypro- wadzały swój ród z tego samego Piltdowrf'| berlińskich ba- rów lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Dajcie mi do-
5
zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ideologia_ jniemiecka|- przyp.tłum.
" zob. https ://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C5%82owiek_z_
|Piltdown|- przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 86
wolnego dnia Wiedeń na przełomie wieków, pomyślałem, Ringstrasse jako akcelerator idei.
Rozsiedliśmy się obaj w tej samej chwili. Reid bawił wieszakiem na gazety z Guardianem z poprzedniego dnia. LRWA zdobyła Huambo, nie po raz ostatni ]
— Jak Annette? — spytałem z ostrożną swobodą.
— Dobrze, o ile wiem — powiedział Reid. Przewrócił stronę.
— Nie widziałeś jej dłużej?
Reid odłożył gazetę i pochylił się do przodu, patrząc na mnie intensywnie.
— Myśmy się tak... nie wiem... rozeszli się, odpłynęli.
— To szkoda — powiedziałem. — Jak to się stało?
Reid rozłożył ręce.
— Ona jest naprawdę bystra, ale jest najbardziej apoli- tyczną osobą, jaką poznałem. Nigdy nie czyta gazet. Trudno znaleźć sprawy do pogadania. — Uśmiechnął się smutno. — Brzmi głupio, wiem, ale tak to jest.
Skinąłem głową życzliwie: tak, kobiety trudno zrozu- mieć. Próbowałem przypomnieć sobie położenie Wydziału Zoologii.
Szedłem University Avenue, potężny wiktoriański gmach, Gilmoreghast, jak jeden z kpiarskich magazynów nazwał, po mojej lewej, Reading Room Wellsa z lat trzydziestych po mojej prawej. (Nie korzystałem z niego od odkrycia, że
1 zob https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludowy_Ruch_
Wyzwolenia_Angoli_%E2%80%93_Partia_Pracy oraz https:
//pl.wikipedia.org/wiki/Huambo|- przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 87
wszystko w nim jest doskonałe prócz akustyki, która nale- żała do galerii szeptów”).
Na szczycie wzgórza, przejście dla pieszych miało czer- wone światło. Czekałem na zielonego człowieczka i zastana- wiałem się, czy powinienem zawrócić tutaj i poczekać, żeby ujrzenie Annette znowu mogło być postrzegane jako zwykłe spotkanie...
Nie, powiedziałem sobie stanowczo. Jezeli jesteś zain- teresowany, będziesz tam. Przeszedłem i kontynuowałem aż do skrzyżowania, potem w lewo wzdłuż wewnętrznej drogi pomiędzy masywnymi budynkami z szarego piaskowca po- stawionymi pomiędzy płatami trawy z kwietnikami i wyso- kimi drzewami. Wydział Zoologii był kolejnym z tych an- tycznych budynków, solidnych jak kościół i zbudowanych na starej skale. Wewnątrz, polerowane drewno, kafle, za- pach odchodów małych zwierząt. Zza szklanej przegrody recepcjonista patrzył na mnie obojętnie. Zdecydowałem się ośmielić i spytałem go, gdzie pracowała Annette. Spojrzał na zegar, terminarz i mi powiedział.
Laboratorium na początku wydawało się puste. Potem zobaczyłem Annette, jej plecy, rozkładającą kartki papieru na ławce na dalekim końcu. Pchnąłem podwójne drzwi i wsze- dłem. Odwróciła się na moje kroki, mówiąc:
— Przepraszam, praktyczny nie jest. . . Och, cześć Jon.
Jej włosy były spięte z tyłu, jej figura ukryta w białym fartuchu laboratoryjnym. Ciągle nie mniej pożądana.
gallery|- przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 88
— Cześć — powiedziałem. Jej zielone oczy przyjrzały mi
się zagadkowo.
— Pozwól, że zgadnę — powiedziała. — Nagle odkryłeś
zainteresowanie anatomią bezkręgowców, prawda?
Wskazała na ławę. Spojrzałem na okrągłe szklane na-
czynie, w połowie wypełnione wodą, w którym leżało kilka małych jeżowców| lub raczej poruszało, co zobaczyłem, kiedy się przyjrzałem. Rozłożone wzdłuż stołu były kręgi notatek, ze schematami szkarłupni, nazewnictwq] piękne i dziwne: ampułki, pedicelarią, nóżki ambulakralne, płytka madreporowa, kanał promieniowy, kamienny kanał, kanał okrężny...
— Niezupełnie. — Bawiłem się mocnymi pęsetami, wy-
łożonymi jak sztućce do rozbicia delikatnych bezbronnych stworzeń.
— Więc co cię tutaj sprowadza? — Hm...— Zawahałem się. — Tylko zastanawiałem się,
czy masz ochotę wyjść na drinka czy coś.
Jej twarz delikatnie się zarumieniła. — Czy to ma cokolwiek wspólnego z Davem? — Nie — powiedziałem, zastanawiając się, do czego zmie-
rzała. — Tylko że powiedział mi, że już z Tobą się nie spo- tyka.
— Och! A kiedy ci o tym powiedział?
— Jakieś dwadzieścia minut temu — przyznałem. Roześmiała się.
— Co tak długo?
; więcej https://pl.wikipedia.org/wiki/Je%C5%BCowce| —
przyp.tłum.
10
nazwy odnoszą się do budowy układu ambulakralnego szkarłupni (roz-
gwiazdy) — przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk
— Pomyślałem, że zrywanie się w chwili, kiedy mi po- wiedział, mogło być trochę nieczułe.
To zabrzmiało jakby następstwa mojej wypowiedzi były zbyt bezpośrednie, zbyt rażące. Spojrzała w bok i spojrzała na mnie z półuśmiechem.
— To bardzo miłe, że myślisz o mnie — powiedziała. — Samotnej i opuszczonej, jaką jestem. Nie jestem pewna, czy jestem gotowa na taką łaskawość.
Jeżeli mogła się droczyć, mogłem odpowiedzieć tym sa- mym.
— Nie spodziewam się, żebyś długo pozostawała w tym stanie.
— Cóż — powiedziała — nie, nie myłam włosów każdego wieczoru!
— Zatracając się w zawrotnym wirze życia społecznego?
— Tak.
— Więc — nalegałem. — Może znajdziesz czas w gorącz- kowych planach na cichego drinka?
— Lub coś.
— Lub coś.
Uśmiechnęła się, tym razem rezygnując z ironicznego spojrzenia.
— Ok — powiedziała. — Co powiesz na dzisiaj o dziewiątej w Western Bar?
— Widzimy się tam — powiedziałem.
Drzwi uderzyły przy otwarciu i zamieszanie studentów weszło.
— Lepiej już idź — powiedziała. — Do zobaczenia.
W drzwiach spojrzałem do tyłu i zobaczyłem, że patrzy. Uśmiechnęła się i odwróciła.
89
Rozdział 4. Haczyk 90
Wybiegłem z korytarza. Tak!, powiedziałem światu, pod- skakując i bijąc w powietrze, co przestraszyło niektórych maruderów i ledwo minęło Światło fluorescencyjne nad głową.
Western był cichym pubem, odpicowanym na jakąś próbę właściwej (to jest kowbojskiej) dekoracji. Przyszedłem około dziesięć minut wcześniej i stałem przy barze, pół piwa i pa- pieros później, kiedy Annette weszła dokładnie w chwili, gdy TV zapowiedział wiadomości o dziewiątej. Barman się- gnął i przełączył kanały. (Były trzy, wszystkie kontrolowane przez rząd).
Jej włosy były rozpuszczone (i sprężyste, i błyszczące, i właśnie umyte). Była ubrana w dżinsową spódnicę do po- łowy łydki i czarną jedwabną bluzkę pod bufiastą kurtką, którą rozpięła i zsunęła, gdy wchodziła. Kupiłem jej „lagera Z cytryną "| i znaleźliśmy stolik przy Ścianie.
— Papieros?
— Tak, proszę.
Zapaliłem jej papierosa i patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Nagle Annette się roześmiała.
— To jest głupie — powiedziała. — Znamy się dostatecznie długo, żeby opuścić pogaduszki na wstępie, ale nie dosta- tecznie dobrze, żeby wiedzieć co mówić dalej.
Porządny bystry umysł.
— Słuszna uwaga — powiedziałem, kręcąc się w kółko. — Właściwie nic o Tobie nie wiem, prócz tego, że widziałem cię po drugiej stronie stołu lub pokoju kilka razy.
— Dave o mnie nie opowiadał? — Pobrzmiewał w tym ton ciekawości wobec jej domniemanej urazy.
LI lager and lime — drink z piwa z odrobiną soku cytrynowego — przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk
— Nie — odpowiedziałem. — Jednak, powiedział mi jedną z bardzo ważnych rzeczy o Tobie...
— Och tak?
— Że nie jesteś zainteresowana polityką.
— Czy to wszystko? Ha, i teraz ja się zastanawiam, czy mówiłby ci tak dużo o mnie, jak ja mówiłam o nim Sheenie.
— To musi być ulga.
— Pewnie tak. .. Ale o tym też jest w błędzie! — dodała.
— Co masz na myśli?
— Hm, to nie tak, że nie jestem zainteresowana. Po prostu nie lubię o tym rozmawiać.
— W porządku — powiedziałem. — Ale dlaczego?
— Dorastałam w Belfaście — powiedziała. — Wyprowadzi- łam, kiedy miałam około dziesięciu lat. Było tam powiedze- nie: „Cokolwiek mówisz, nic nie mów”. Ciągle mam tam rodzinę, ciągle odwiedzam. Zwyczaj zostaje.
— Nawet tutaj? — Rozejrzałem się. — Co jest problemem?
Pochyliła się do przodu i powiedziała przyciszonym gło- sem.
— Połowa ludzi w tym mieście ma powiązania z Irlandią, a kilku z nich ma bardzo zdecydowane poglądy. Więc nie warto strzępić sobie języka, szczególnie w pubach.
Tak jak Dave miał skłonność, pomyślałem. Interesujące.
— Ok — powiedziałem. — Nie jestem ciekaw. Nawet nie potrafię powiedzieć, co pewnie każdy stąd mógłby: czy je- steś katoliczką, czy protestantką. Ja, nie mam religii i nie obchodzi mnie, jaka flaga powiewa nade mną, lub co robią politycy, o ile zostawią mnie w spokoju.
— Czego nie zrobią.
— Ta, w tym właśnie sęk!
91
Rozdział 4. Haczyk 92
Oboje się roześmialiśmy.
— Więc — powiedziałem — czym się interesujesz?
Myślała o tym przez chwilę.
— Lubię moją pracę — powiedziała.
— Więc opowiedz mi o tym.
I tak zrobiła, wyjaśniając, że nie robiła tylko technicz- nych rzeczy, ale próbowała odkryć naukę za tym stojącą. Opowiadała o ewolucji, populacji i przyszłości obojga, i to pozwoliło mi powiedzieć o SF, a ona przyznała, że przeczy- tała kilka powieści „Wieczny Wojownik” Michaela Moor- cockq”?] kiedy była młodsza (czy też „młoda”, jak to czaru- jąco ujęła). Zanim się spostrzegliśmy, zadzwonił dzwonek na ostatnie zamówienia.
— Jest dyskoteka w Joanne's — powiedziała Annette. — Pójdziemy tam?
— Dobry pomysł — powiedziałem.
Nie był. Nie byliśmy tam nawet półgodziny, gdy muzyka przestała grać i DJ powiedział, żeby wszyscy zabrali swoje rzeczy i wyszli po cichu. Wszyscy wiedzieliśmy, co to zna- czy: alarm bombowy. Annette złapała moją dłoń z zadziwia- jącą siłą i wyciągnęła mnie z tłumu, z bezlitosnym lekcewa- żeniem innych, które dotychczas widziałem tylko w tłoku w barze QM.
Wypadliśmy na ulicę akurat, gdy ktoś rozkazujący krzyk- nął „Fałszywy alarm” i fala ruszyła w drugą stronę. Annette jej się nie poddawała. Spojrzałem w dół na nią z zaskocze- niem i zobaczyłem, że nie tylko mżawka moczyła jej twarz.
I2 zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Michael_Moorcock
— przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk
Trzymając parkę na ramionach, wyglądała nędznie i wrażli- wie.
— Nie chcesz wrócić? — spytałem.
— Chcę do domu — powiedziała. Przytrzymałem jej parkę, kiedy walczyła, żeby ją właściwie założyć. Złapała znowu moją dłoń i zaczęła szybko iść.
— Co się dzieje?
— Och, Boże. Przypomniałam sobie pierwszy raz, kiedy byłam w takim alarmie.
— Tak — powiedziałem, próbując być uspokajający — to szalone, jak się przyzwyczailiśmy do alarmów bombowych.
Spojrzała na mnie z czymś w rodzaju litości.
— To nie był alarm bombowy — powiedziała miażdżąco. — Byłam w promieniu wybuchu bomby. Lojaliści uderzyli w bar lojalistyczny. Chryste. Widziałam krzyczących ludzi i nie mogłam ich usłyszeć.
Nie wiedziałem, czy to byłby dobry pomysł zapytać, ile osób było rannych.
— Przykro mi — powiedziałem. Ścisnąłem jej dłoń. — Nie wiedziałem.
Zatrzymała się, wytrącając mnie z równowagi. Odwróci- łem się, niepewnie, twarzą do niej. Trzymała zaciśnięte pię- Ści przed sobą, jak gdyby łapiąc i potrząsając za klapy kogoś znacznie niższego niż ja.
— Chryste! — wypluła. — Nienawidzę tego gówna! Nie- nawidzę tak bardzo! Tylko poszliśmy się bawić, wszyscy, i jakaś jebana Świnia musiała to zrujnować! Winię ich za to wszystko! Za alarmy bombowe, fałszywe alarmy, żarty, nie zdarzały się, gdyby nie te bękarty, który robią to na serio. Uszy i stopy po całym chodniku! — Zamknęła oczy, potem
93
Rozdział 4. Haczyk 94
otworzyła, jak gdyby nie mogła znieść tego, co zobaczyła. — A Dave zwykł mówić, że powinniśmy słuchać uciskanych. Nikt nie słucha mnie, ponieważ nie jestem „uciskana”. Je- stem jebano protestantko! — Jej głos opadł do chrapliwego szeptu, resztka ostrożności, w innym wypadku posłana do nieba. — Jebać ich wszystkich! Jebać papieża! Jebać kró- lową! Jebać Irlandię!
'Tak nagle, jak jej wybuch się zaczął, się skończył. Oparła pięści na moich ramionach i spojrzała na mnie, nie uroniw- szy łzy. Pociągnęła nosem.
— Boże, musisz myśleć, że jestem szalona — powiedziała. — Nie zasługujesz na to.
Objąłem ją ramionami i przyciągnąłem blisko, wykorzy- stując okazję, żeby się rozejrzeć. Musiało to wyglądać, jak- byśmy właśnie mieli jakąś kłótnię. Skoro w Glasgow, a ona nie używała butelki, to nikt nie zwracał na nas nawet naj- mniejszego błysku uwagi.
— Wolę to niż „cokolwiek mówisz, nic nie mów” — po- wiedziałem. — Szczególnie że zgadzam się z tym, co powie- działaś.
— Naprawdę? — Odsunęła się i zmarszczyła brwi. — Masz na myśli, nie wierzysz w nic? — Jej głos był niedowierzający, pełen nadziei.
Przypomniała mi się kpina Myry: Akuratnie je żech in- dywidualistycznym anarchistą. Nie ma powodu w to wcho- dzić w ten sposób, z listą izmów. Wierzę w Ciebie, pomy- ślałem, próbując, ale to też nie było to. Patrzyła na mnie desperacko poważnie!
Przełknąłem.
Rozdział 4. Haczyk 95
— Ani Boga, ani kraju, ani „społeczeństwa”. Tylko ludzie i rzeczy, i ludzie jeden po drugim.
— Tylko my?
Rozważyłem to, skuszony. To byłby dobry sposób, żeby ją bardziej przytulić.
— Ani nas także, póki każde z nas nie wybierze, i tylko tak długo, jak każde z nas wybiera.
— Nie wiem, czy mogłabym żyć w ten sposób.
— Lepiej to niż umierać z czymkolwiek innym.
Odpowiedziała na tę płynną odpowiedź bardziej zachę- cającym uśmiechem, niż zasługiwała.
— Cóż — powiedziała — widzę, że nie próbujesz tylko ze mną pogadać. — Złapała moją dłoń ponownie i włożyła ją, razem ze swoją, do kieszeni jej parki. — Chodź, odprowadź mnie do domu.
Szliśmy mokrymi ulicami, jakbyśmy byli połączeni w bio- drach, zatrzymując się co kilkaset metrów na zwarcie i po- całunek. Żadne z nas dużo nie mówiło. Przy jej mieszkaniu, słabe światło i chichoty dobiegły z małego pokoju Sheeny. Mieliśmy duży pokój i sofę, dla siebie. Dużo się przytula- liśmy, całowaliśmy, obmacywaliśmy i tarzaliśmy, ale kiedy stało się jasne, że chciałem iść dalej, odepchnęła mnie.
— Za wcześnie — powiedziała.
— Dobrze — powiedziałem.
— Może powinieneś już iść. Niektórzy z nas muszą jutro rano wstać.
Pomyślałem o kilku bystrych odpowiedziach i w końcu tylko skinąłem głową i się uśmiechnąłem.
— Może powinienem. A co z jutrem?
Wstała i pociągnęła mnie na nogi.
Rozdział 4. Haczyk
— Niech zobaczę. . . jadę na ślub w sobotę. Jutro mam za- kupy do zrobienia. Wieczór panieński wieczorem, regenera- cja następnej nocy. I przygotowanie sukienek i tak dalej. — Udała głęboki ukłon. — Jak się zapatrujesz na przyjście na tańce przy recepcji? Sobota wieczorem.
— To brzmi wspaniale! Dzięki.
Oderwała kartkę z notatnika i nagryzmoliła na niej.
— Miejsce, czas, dojazd autobusowy — powiedziała, po- dając mi ją.
— Dzięki wielkie. Ok, zatem tam się widzimy.
Znaleźliśmy się przy drzwiach.
— Ciągle jeszcze musimy sobie powiedzieć dobranoc — powiedziała i dobrze to zrobiła.
>k kk
Recepcja była w hotelu w części Glasgow, w której wcze- Śniej nie byłem, do którego dotarłem w serii autobusów po- ruszających się przez części Glasgow, o których nie wie- działem, że istniały. Wyglądały, jakby została tam przegrana wojna: całe bloki i ulice zrównane lub zrujnowane, lampy uliczne rozbite, wraki lub dzikie dzieci dookoła ognisk...
Potem dowiedziałem się, że to był efekt programu bu- dowy drogi ukrytej w postaci polityki mieszkaniowej, ale wtedy — siedząc w wypełnionym dymem górnym pokładzie autobusu w garniturze, który normalnie założyłbym tylko na rekrutacje — żywiłem pewne przyjemne pesymistyczne my- Śli o rozkładzie cywilizacji. Gdy autobus jechał, jednakże, wyspy ciemności stały się rzadsze i w końcu wyskoczyłem w dzielnicy mieszkalnej przed uspokajająco jasnym i gło- śnym hotelem. Podążyłem za światłem i hałasem do aparta-
96
Rozdział 4. Haczyk
mentu, gdzie odkryłem scenę jak z dyskoteki, oprócz tego, że większość osób była ubrana w coś jak najlepszy strój do kościoła i zakres wieku zbliżał się do krzywej rozkładu nor- malnego.
Dookoła ścian pokoju były stoły, bufet z jedzeniem, tace z drinkami i bar na dalszym końcu. Wziąłem szklankę whi- sky przy bufecie i rozejrzałem się dookoła za Annette. Mu- zyka się zatrzymała, taniec się skończył, ludzie ruszali na lub z parkietu.
Annette wyszła z tłumu, jakby to była zabawa tylko dla niej, przez chwilę, wydawało się, że reflektor ją złapał, tak błyszczała, podczas gdy inni dookoła przygaśli. Jej włosy były otoczone liśćmi i czerwonymi różyczkami, a jej su- kienka zaczynała się falbaną przy szyi i kończyła plisami na podłodze. Sukienka podobnie była w różyczki, czerwone na zielonym na czarnym, a nad tym miała fartuszek z or- ganzy z żabotem od talii aż ponad ramię, same taśmy zwi- nięte w kokardę z przodu. Na jej twarzy, zarumienionej od tańca, był uśmiech. Gdy się zatrzymała przede mną, poczu- łem jej mocne, słodkie perfumy.
— Cześć, Jon, masz fajkę? — powiedziała. — Nie mam tchu.
Gdy zapalałem papierosa dla niej, złapała mnie za rękę i pociągnęła do krzesła przy stole. Przyciągnęła kolejne krze- sło i usiadła twarzą do mnie, nasze kolana prawie się doty- kające przez szeleszczącą masę jej spódnic.
— Ach, tak lepiej — powiedziała. Mijający kelner zapro- ponował jej tacę, sięgnęła koło oczekiwanego wina i pod- niosła kieliszek whisky. — Dzięki za przyjście.
Podniosłem szklankę.
97
Rozdział 4. Haczyk 98
— Dziękuję Ci. Wyglądasz inaczej. Pięknie.
— Och, jej, dzięki.
— Pięknie na inny sposób — pośpieszyłem dodać.
Uśmiechnęła się lekko, żeby pokazać, że tylko udawała nieporozumienie.
— Nie wspominałaś, że jesteś druhną — powiedziałem.
— Nie chciałam cię wystraszyć.
Roześmiałem się, niepewny, co z tym zrobić.
— Podoba mi się Twoja sukienka — powiedziałem.
Pochyliła się bliżej i powiedziała plotkarskim szeptem:
— Tak jak i mi. Urobiłam się, żeby dostać taką, w której mogłabym jeszcze chodzić na imprezy, więc po długich dys- kusjach z Irene, to panna młoda, chodziłam z nią do szkoły, umówiłyśmy się na tę fajną kreację Laury Ashley] Wtedy ona zdecydowała, że nie była dostatecznie brzydka i druh- nowata, więc załatwiła z jej Mamą te rzeczy. — Potrząsnęła pogardliwie falbaną fartuszka.
— Och, nie wiem — powiedziałem. — Fartuszek jest naj- lepszy. Naprawdę musisz go zachować na imprezy. — Tylko częściowo się droczyłem, było coś niewątpliwie seksownego, w niewątpliwie seksistowski sposób, o tego typu ciągnących się skojarzeniach z feministyczną służebnością.
— Och, tak, i być postrzeganym jako dziewoja? — Uśmiech- nęła się.
— Nigdy — powiedziałem. — Moja pani, czy chciałabyś zatańczyć?
— Dobrze — powiedziała, zastanawiając się — może po tym, jak napełnisz kieliszek, a ja go opróżnię.
B zob https://en.wikipedia.org/wiki/Laura_Ashley - przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 99
Kiedy to zostało załatwione, więcej niż raz, Annette przed- stawiła mnie niektórym z jej przyjaciół i kuzynów, i taniec zmienił się z podskakiwania w stylu disco do tradycyjnego, ale dzikszego, tańca szkockiego. Annette wciągnęła mnie w to, a kiedy nagle zaczęła się rzucać, jak wspomnienie z po- przedniego życia, odkryłem, że znam kroki, układy i mo- głem ją obracać — i oszałamiające, obracające następstwo kolejnych partnerek — na równi z najlepszymi z nich.
Gdy tańczyłem, przeskakiwałem, tupałem, odwracałem, kręciłem, podnosiłem i kołysałem, próbowałem sobie przy- pomnieć, skąd pamiętałem to wszystko, i zrozumiałem, że to wszystko było dzięki mojemu ojcu. Jego interpretacja mark- sizmu, o szerokich horyzontach nawet dla jego społecznie tolerancyjnej, tylko politycznie dogmatycznej, partii, nale- gała na celowość kultury w każdej z jej form. Stąd, ćwicze- nia na pianinie i lekce tańca, a kiedy to doprowadziło do podwórkowych kpin, lekcji boksu. Stąd również, Muzeum Nauki, Muzeum Historii Naturalnej, Zoo i teatr. Interesował się wszystkim. Był tam.
A w Hyde Park w niedziele, opowiadając niedowierza- jącym gapiom, że jakakolwiek demonstracja tygodnia, która ich mijała, była całkowitą stratą czasu. . . Myślał, że zamie- nia ucznia wieku kosmosu w naukowego socjalistę, ale wszystko, co robił, to wychowywanie do bycia tak upartym człowie- kiem jak on sam.
"Tańce mijały tak szybko jak tancerze, pomiędzy jednym a drugim tylko porwane łyki whisky i zaciągnięcia dymem. Reel na osiem zakończył zestaw. Annette i ja oparliśmy o swoje ramiona z jedną myślą pomiędzy nami.
Rozdział 4. Haczyk 100
— Drink?
— Drink.
Poszliśmy do baru tym razem, nasza przypadkowa i szczę- śliwa pozycja na końcu tańca zaprowadziła nas przed resztą. Annette usadowiła się na stołku, jej spódnica zakrywającego go, tak, że wyglądała jakby zawieszona w powietrzu. Opar- łem łokieć o bar i zamówiłem piwa.
— Hm, to było coś — powiedziałem. — Podobało mi się.
— Mnie też — powiedziała Annette. — Zdrowie. — Wypiła pół kufla lagera. — Ale — kontynuowała — wyrzucenie naj- mniejszej druhny w powietrze, przerzucenie panny młodej nad biodrem i przeniesienie jej babci przez połowę pokoju nie było absolutnie niezbędne.
— Och. — Przemyślałem. — Czy ja to zrobiłem?
Uśmiechnęła się.
— Na pewno. Byłam dumna. Nikt nie będzie narzekał te- raz, że sprowadziłam dziwnego Angolqt|
— Nie wiedziałem, że jestem przedmiotem debaty.
— Cóż, teraz to będzie tylko spekulacja. — Mrugnęła.
— O nas?
— Aha — powiedziała Annette. — Więc są „my”?
Twarz nagle poważna, w aureoli czerwieni i czerni.
— Jeżeli chcesz — powiedziałem.
Jej zielone oczy spojrzały na mnie spokojnie.
— Aco Ty wybierasz?
Dookoła nas ludzie krzyczeli, sięgali po drinki, ocierali się o nas. Muzyka znowu kołysała. Widzę i słyszę to tylko teraz. Wtedy nie było nic prócz niej.
14 w oryg. Sassenach — termin używany przez gaelickich mieszkańców wysp
brytyjskich na oznaczenie mieszkańców angielskich — przyp.tłum.
Rozdział 4. Haczyk 101
— Nie ma wybierania — powiedziałem. Zrobiłem krok i objąłem ramionami jej pas. Nasze czoła się dotknęły. — Wszystko było zdecydowane w chwili, kiedy Cię zobaczy- łem.
— Dla mnie też — powiedziała i się pocałowaliśmy. Dziw- nie było to robić na tej samej wysokości. Do czasu, kiedy skończyliśmy, zsunęła się ze stołka. Spojrzała na mnie, uśmie- chając się i powiedziała: — Ale ja zobaczyłam cię pierwsza.
— Więc — spytałem w gorzkim zdumieniu — o co chodziło przez ostatnie trzy miesiące?
— Jestem taka jak Ty — powiedziała. — Chcę być wolna.
— Możesz być wolna ze mną! — powiedziałem. — W do- wolnym momencie. Proszę.
Śmialiśmy się razem.
— Tak — odparła.
I wtedy wszystko zostało powiedziane, a my po prostu staliśmy przy barze, pijąc.
Irene, panna młoda, przystukała do nas w wysokich ob- casach i zgrabnym niebieskim dwuczęściowym, uśmiech- nęła się do mnie ostrożnie i poszeptała do Annette.
— Do zobaczenia za parę minut — powiedziała Annette. Ukłoniłem się obu — i tej konieczności — i obserwowałem ich szeptany postęp z odległości.
Annette wróciła jakiś kwadrans później.
— Wszystko ok? — spytałem, przesuwając gin z tonikiem. Wyglądała na nieco zaabsorbowaną.
— W zasadzie tak. Dzięki — powiedziała, sącząc ostroż- nie. — Po prostu spędziłam dziesięć minut, stojąc w recepcji z sukienką ślubną Irene w plastikowej torbie na ramieniu. W
Rozdział 4. Haczyk 102
końcu załatwiłam kogoś, żeby ją przechowywał aż do mo- jego wyjścia. Nie mogłam jej zostawić w pokoju. Jakiś błąd z kluczami.
— Więc bycie druhną to nie sama zabawa.
— Ha, ha. Mało wiesz.
— Myślę, że raczej nie...
Zauważyłem, że muzyka się zatrzymała i ktoś próbował być usłyszany ponad zgiełkiem.
— Hej, no chodź!
Annette zawirowała i ruszyła w kierunku najbliższego wyjścia, gdzie Irene i jej mąż wycofywali się do drzwi w ro- dzaju kobiecego Ścisku dookoła nich...
Coś popłynęło nad głowami przepychanek. Gdy spoj- rzałem do góry, zaskoczony, Annette wyrzuciła rękę w po- wietrze jak gorliwa uczennica do odpowiedzi i złapała to. Potrząsnęła bukietem, gdy odwróciła się powoli dookoła, przyjmując gwizdy i okrzyki, i spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem.
— Cóż — powiedziała. — Szczęściara ze mnie.
Wszyscy zgromadzili się na zewnątrz, żeby wysłać młodą parę w drogę. Para przebiegle wezwała taksówkę i zostawiła samochód pokryty pianką do golenia i szminką deszczowi do umycia.
Potem więcej tańczenia, więcej rozmawiania i długa po- dróż taksówką do mieszkania Annette z suknią Irene uło- żoną na naszych kolanach. Gdy płaciłem kierowcy, pobiegła po schodach jej domu, śmiejąc się, jej spódnica w jednej dłoni, a druga sukienka powiewająca za nią jak kometa. Do- padłem do niej, gdy otwierała zewnętrzne drzwi. Zeszliśmy
Rozdział 4. Haczyk 103
po schodach do jej ciemnego mieszkania, głośno próbując być cicho.
Zabrała mnie prosto do sypialni, zawiesiła suknię ślubną na wieszaku na drzwiach do szafy naprzeciw łóżka i odwró- ciła się do mnie. Złapałem taśmy jej kokardy na jej biodrach, szarpnąłem je i ona zakręciła się dookoła, łapiąc fartuszek, gdy spadał i posyłając go w róg. Grzebałem się z guzikami z tyłu jej sukienki, znalazłem ukryty suwak i rozpiąłem go. Sukienka opadła dookoła jej stóp. Wyszła z jej kręgu w dłu- giej nylonowej halce i zgrabnie rozpięła każdy guzik mojej koszuli, podczas gdy ja pozbywałem się butów, spodni i sli- pek tak szybko, jak to możliwe. Halka zsunęła się do jej stóp z trzaskiem statycznej elektryczności. Reszta jej bielizny za- brała przyjemnie więcej czasu.
Objąłem jej piersi dłońmi i zatopiłem usta pomiędzy nimi. Jej skóra smakowała jak talk i sól. Trzymając ją na odległość ramion, żeby na nią popatrzeć i trzymając ją blisko, żeby do- tknąć jej, doprowadziło do bliskiego, szybkiego rytmu, gdy wpadliśmy na jej łóżko.
— Hej, hej, hej — powiedziała. Położyła dłoń na moim ramieniu i przytrzymała mnie, sięgnęła za jej głowę i po- machała małym foliowym opakowaniem przed moją twarzą. Potem rozdarła opakowanie zębami.
— Załóż to, ty nieodpowiedzialny bękarcie.
— Nie chciałbym być odpowiedzialny za bękartów — zgo- dziłem się. Założyłem kondom na penisa. — Mam swoje, po prostu zapomniałem.
— Jeżeli kiedykolwiek powiesz mi coś tak słabego, to cię wyrzucę, Jonie Wilde.
Rozdział 4. Haczyk 104
Próbowałem przez chwilę wymyślić jakąś odpowiedź, a potem wykorzystałem język w lepszym celu.
Obudziłem się w pokoju zacienionym w świetle zasło- nek rano, moje kończyny ciągle splątane z Annette, i zosta- łem natychmiast zaskoczony przez ducha białej sukni wy- łaniającej się znad końca łóżka, jej falbany i zaspy koronek osłaniane przez błyszczące pole siłowe polietylenu, jak duch z przyszłości.
Rozdział 5
Miasto Statku
Najpierw patrzymy z perspektywy (większej niż się zdaje) i łapiemy mijającą planetę z odległości stu tysięcy kilome- trów. Jest czerwona — to nie niespodzianka — ale jest pocęt- kowana ciemnymi wyciekami niebieskiego i plamami zielo- nego, ate wycieki i plamy zaczynają być połączone. . . kanałami, przez. .. (i pojawia się myśl, ulotna jak przelotne spojrzenie) canali, więc Nowy Mars naprawdę wygląda, jak Mars nigdy nie wyglądał. (Ale czy nie tego chcieliśmy).
Widok przeskakuje na tysiąc kilometrów... nad, nie poza ...i toczymy się na wysokości satelitów, pobierając spiralne odciski palców wilgoci wody, zakrzywiająca się płyta pla- nety zaparowana oddechem, nabazgrane znaki życia i proste linie inteligencji: tak, kanały.
Opadając teraz, do struktury tak niewątpliwie sztucznej jak najwidoczniej organicznej: na pierwszy rzut oka to czarna gwiazda, jak stolica na mapie, potem (gdy punkt widzenia pędzi i widok zaczerwienia się, krwawy od płomieni hamo- wania) jak rozgwiazda pozostawiona na piasku.
Cięcie, znowu, do spokojnego powietrznego punktu ob- serwacyjnego, dryfującego ponad czymś, co najwyraźniej jest miastem, jego promienista symetria jest ciągle główną
Rozdział 5. Miasto Statku 106
cechą, ale z pięcioma ramionami dostrzegalnie połączonymi czarnymi niciami dróg, ulic, kanałów, a na innym pozio- mie, niewidocznymi z zewnątrz, przez pajęczynę okablowa- nia sieci.
I jesteśmy. Ten stary protokół transakcyjny TCP/IP cią- gle działa (z odległych czasów mitochondrialnej Ewy wszyst- kich systemów), zatem możemy słyszeć, czuć i widzieć. Ale wielkie liczby nadal są ważne, więc szyfrowanie ukrywa większość danych w katakumbach ciemności. To, do czego mamy dostęp, na otwartych kanałach, jest wystarczające, żeby pokazać.
Cztery z miejskich pięciu ramion są dziedzinami nie-ludzi. Wyglądają, jakby były zbudowane na mieszkania dla ludzi, ale nikt nie jest w domu, prócz maszyn. Istnieje podstawowa warstwa, rodzaj mechanicznej warstwy uprawnej, gdzie rze- czy robią rzeczy rzeczom. Symulakra inteligencji poruszają się przez ruch, krzycząc i pracując: puste automatyczne barki orzą zatkane algami kanały, służące maszyny walczą, żeby zamieść kurz z podłóg korytarzy, których ściany są grube od pleśni. Na ulicach kreacjonistyczna karykatura natural- nej selekcji: na wpół sformowane mechanizmy zderzają się, łączą i wcielają swoje części, tworząc nieopłacalne potom- stwo, które samo dalej rozprzestrzenia groteskowe formy przejściowe.
Ten bezmyślny poziom jest terenem łowów bardziej roz- budowanej maszynerii, która czai się i rzuca, pożera i ka- nibalizuje dla własnych celów. Sztuczne inteligencje — nie- które obsesyjne i skupione, inne chaotyczne i zrelaksowane, niektóre nawet zdrowe na umyśle — prześladują ułamek tych
Rozdział 5. Miasto Statku 107
maszyn. Trudno jest zidentyfikować miejsca, gdzie takie umy- sły mieszkają. Chwiejące, nieprawdopodobne struktury mogą być sterowane przez rozumne komputery nie większe od myszy, podczas gdy niektóre gładkie, lśniące, a nawet hu- manoidalne maszyny mogą być równie dobrze kretyńskie lub szalone.
Te jęczące złomowisko jest regularnie plądrowane przez istoty ludzkie, które, ryzykując wszystko od palców przez dusze, zapuszczają się w tę dżunglę żelaza i krzemu. Mają swoich mechanicznych sojuszników, zwiadowców i agen- tów. Ale jeżeli maszyny, w ogóle, nie są lojalne wobec sie- bie, są jeszcze mniej wobec ludzkich przyjaciół lub panów. Łatwiej jest przeprogramować maszynę niż obalić człowieka.
A przez to wszystko, jak bakterie, małe molekularne ma- szyny dzikiej nanotechnologii poruszają się w swojej niewi- dzialnej i okazjonalnie niszczycielskiej pracy. Systemy od- porności wyewoluowały, praktykowany jest ekwiwalent me- dycyny. Środki higieny publicznej są stosowane (nie są, do- kładnie, wymuszane). Jednak najmniejsze są najszybsze, a tu- taj wyścig ewolucji jest najbardziej nieludzkim biegiem.
Piąte ramię jest dzielnicą ludzką. Sieci są jego umysłem. W nich odnajdujemy jej dobre intencje, złe myśli, mokre sny i nudne programy. To nie tak, jak to powinno być ostatecznie oceniane. Niemniej jednak...
Podstawą wszystkiego jest odtwarzanie codziennego Ży- cia, a to zapewnia duży udział w ruchu sieciowym. Nikt nie liczy, ale istnieje kilkaset tysięcy ludzkich istot żyją- cych na Nowym Marsie, większość z nich w Mieście Statku, reszta rozrzucona w znacznie mniejszych społecznościach,
Rozdział 5. Miasto Statku 108
rozdmuchana po całej planecie. W każdej minucie brzęczy tysiącami rozmów i osobistej łączności. Biznes: zamówie- nia, faktury, płatności, transakcje. Prawa własności, co lu- dzie godzili się pozwolić innym ludziom robić z rzeczami, skomplikowały się i zróżnicowały, a rozwiązywanie, prze- pakowywanie i wymiana tych praw następuje z szybkością szulera: udziały w czasie, hipoteka organów, giełda nowi- nek, pożyczki na pracę, korzyści z narodzin. ..to stało się skomplikowane. Stąd konflikty, pozwy, ugody, zbrodnie i de- likty.
Prawo i porządek pokazuje zęby w strumieniu biznesu tylko okazjonalnie, a wynikające dokumenty o policji, dra- maty sądowe czy komedie obozowe zapewniają — w rzeczy- wistości i w fikcji — podstawę rozrywki. Większość udręk i poniżeń, które widzimy na ekranach to, szczęśliwie, tylko pornografia. Rozprawy sądowe przez sąd boży i walkę są realne.
Religie, niektóre. Najwyższym kościelnym dygnitarzem jest biskup Nowego Marsa. Zreformowana ortodoksyjna ka- toliczka, więc dlaczego ma dziwne wątpliwości, w jaki spo- sób Następstwo przeszło na nią, wie, że przekaże je jed- nemu lub więcej dzieciom. Przyjaźni się z niektórymi bud- dystami i rabinem (znaczy, nie spodziewaliście się Żydów?) i jest sroga, ale miłosierna wobec obłąkanych heretyków. Ich ułuda, że Nowy Mars jest życiem po Śmierci, albo jakimś postapokaliptycznych obszarem przejściowym jest, w tych okolicznościach, wybaczalna.
Polityki, brak. To anarchia, pamiętasz? Jednak to jest
anarchia domyślna. Nie ma państwa, ponieważ nikt nie ma ochoty go założyć. Zbyt dużo mordęgi, facet. Bądź grzeczny,
Rozdział 5. Miasto Statku 109
nie wychylaj się, to zawsze działo się w ten sposób i nic tego nie zmieni, a zresztą (i szczególnie) co pomyślą sąsiedzi? (Nigdy nie poprą tego, oto co. To wbrew ludzkiej naturze.)
Zewnętrzny system nerwowy miasta zawiera jego zmy- sły: kamery, mikrofony dla wiadomości i inwigilacji, czuj- niki chemikaliów i stresu, które monitorują jego zdrowie. Zaczynając od góry: na najwyższej i centralnej wieży jest glob wielkości ludzkiej głowy. To tylko dookolna kamera, udogodnienie zostawione tam przy rozkwicie ducha publicz- nego lub prywatnej spekulacji. Stamtąd możemy zajrzeć w osza- łamiające przestrzenie szczytów wież, które w końcu scho- dzą do niskich płaskich dachów i kończą się kopułami, szo- pami i wiatami na granicy miasta.
Jak każde w pięciu promienistych ramionach miasta, to ma wydłużony kształt latawca, najpierw szeroki, potem zbieżny. Same budynki są dwóch typów: te, które wyrosły, i te, które zostały zbudowane. Kształty tych pierwszych mogą być przed- stawione jako przecinające się wielokąty, regularne lub nie- regularne: te drugie, to prostokąty. Układ i położenie tych kratowanych, komórkowych struktur ma tę samą jakość przy- padkowej nieuchronności jak głazów w lawinie lub kamieni w strumieniu, i z tego samego powodu: minimalnego zajęcia dostępnej przestrzeni. Skonstruowane budynki przestrzegają innej zasady ekonomii i wystają lub są zakopane, tak jak dyktują nieprzewidywalne prawa.
Oba typy budynków — oba prawa lokalizacji — podążają za ulicami, a ulice za kanałami. Kanały są systemem odde- chowym: Kanał Okrężny okrąża centrum, Kanały Promieni- ste dzielą ramiona, a każdy ma niepoliczone dopływy i kapi- lary. Niedaleko lewej krawędzi ramienia, na które patrzymy,
Rozdział 5. Miasto Statku
jest nieprawidłowy długi kanał, który pierwszy pojawia się w polu widzenia pod nami i wykracza poza horyzont: Ka- mienny Kanał.
Mężczyzna opiera się na wnęce okna, rozkładając część masy na rozcapierzonych palcach. Cement jest szorstki pod palcami. Wygląda przez okno, które jest wysoko na stoku miasta, patrząc wzdłuż Kamiennego Kanału. Gdy równo- waży ciężar ciała na piętach stóp i czubkach palców, napięte mięśnie ramion i barków pokazują się przez miękką tkaninę jego kurtki. Mięśnie zginają się i się prostuje, odwracając. Jego czarne włosy pstrykają w policzek w wyniku prędkości ruchu.
Pozostali dwaj mężczyźni w pokoju są wyżsi i masyw- niejsi niż on, ale obaj lekko się cofają, gdy zmierza w ich kierunku. Zatrzymuje się kilka metrów wcześniej i patrzy na nich.
— Straciliście ją — mówi. — U abolicjonistów. — Jego wy- mowa ma akcent nieczęsto słyszany w mieście, coś z prze- szłości, chropowaty i wyrafinowany przez długi czas. Za- pewnia zgrzytliwy wydźwięk modulacji jego głosu, który jest podobnie, świadomie lub nie, doświadczonym i znako- mitym instrumentem jego woli. Akcent i ton razem są do- skonale skalibrowane, żeby przekazać emocję: w tym przy- padku, pogardę.
— Ona ma koncesję IBM — mówi jeden z mężczyzn. Liże usta, chowa język nagle w usta, jakby był świadom, że po- szedł za daleko. Wyciera policzek.
— To — mówi mężczyzna — nie jest usprawiedliwienie. To
110
Rozdział 5. Miasto Statku 111
opis porażki. — Wzdycha, strzepuje pył z palców. — Dobrze. Od początku.
Wraca do wielkiego drewnianego biurka i opiera się o jego krawędź.
— Ok, Reid — mówi drugi mężczyzna i zaczyna przedsta- wiać. Mówi przez minutę, gdy Reid unosi dłoń.
— Młody mężczyzna? — mówi. — I robot? Opisz ich.
Słucha, zmrużona oczy, przez kolejną minutę, zanim prze- rwie gestem dłoni skierowanym w dół.
— Myślisz, że ją rozpoznał, Stigler?
Usta Stiglera są znowu suche.
— On... myślę, że tak.
— Och, Chryste! — Słowa pojawiają się jak pręt uderza- jący w biurko. Reid przez chwilę stuka palcami.
— A Ty, Collins, nie wydaje mi się, że Twoje moce opi- sowe są w lepszym stanie, co?
— Osłaniałem, Reid — mówi Collins. — Patrząc wszędzie indziej, wiesz, co mam na myśli?
— Ok, ok. — Reid wstaje i patrzy na nich, spekulacyjnie. Może rozważać korzystne użycie ich części ciała i stosowne metody renderowania. — Wykonaliście pracę, jak się uma- wialiśmy, tak dobrze, jak mogliście. Gdybym chciał wycią- gnąć mężczyznę na podejrzeniu, potrzebowałbym nakazu. I to jest to, czego będę potrzebował, panowie, więc obawiam się, że to was wyklucza. Pełna zapłata, bez premii.
Collins i Stigler patrzą z ulgą i odwracają się do wyjścia. W drzwiach Collins drapie się w kark, patrzy na Reida. Reid patrzy znad ekranu, na który przeniósł swoją uwagę.
— Tak?
Rozdział 5. Miasto Statku 112
— Hm, Reid, pytanie. Nie zdarzyło ci się wiedzieć, kto posiada tego robota?
Reid myśli o tym. Jego uśmiech pozwala dowiedzieć się mężczyznom, że są jego dobrymi przyjaciółmi, a nie parą łapaczy, którzy nie wrócili z danymi.
— Zostańcie przy sprawie — mówi im.
Wilde wstał i przeszedł na koniec nabrzeża, koło ludzi, inteligentnych małp i maszyn, które mogły być inteligentne. Patrzył nad Kamiennym Kanałem, a potem przez chwilę pa- trzył w dół na wodę. Znalazł, może, jakieś odpowiedzi w swoim odbiciu.
Robot, Jay-Dub, ciągle kucał na krawędzi nabrzeże, go- towy jak ptak drapieżny. Wzorce ciekłego kryształu prze- sunęły się w jego ocienionym centralnym pasie, gdy wrócił Wilde. Wilde spojrzał na to.
— Nie jesteśmy już w Kazachstanie — powiedział.
Maszyna nie odpowiedziała.
— Co się stało? — spytał Wilde. Rozejrzał się. — Czy tu można bezpiecznie rozmawiać?
— Wystarczająco bezpiecznie — odpowiedział Jay-Dub. — Mogę odbić większość prób podsłuchu.
— W porządku — powiedział Wilde. — Powiedz mi: gdzie schowałem pistolet?
— W prysznicu.
— Jaka była ostatnia rzecz, którą powiedziałem?
— „Miłość nigdy nie umiera”.
Wilde zmarszczył brwi.
— Jaka była moja ostatnia decyzja?
— Że ja..., że już nigdy nie będziesz palił.
Rozdział 5. Miasto Statku
Wilde pochylił się i klepnął w kadłub Maszyny.
— Dokładnie tak. To jest obietnica, którą pamiętam, i mo- żesz się nadal jej trzymać.
Zabrał szklanki po kawie do stoiska ze śniadaniami i wró- cił z pełną szklanką, paczką papierosów i zapalniczką.
— Nie pochwalam tego — powiedział Jay-Dub, gdy Wilde usiadł koło niego i zapalił.
— Pierdol się — odpowiedział Wilde. — Chcę Twojej hi- storii, nie opinii.
Oparł się o skorupę Maszyny, która przesunęła swoją wagę na nogach, żeby wyrównać.
— To długa historia. Nawet nie wiesz jak długa.
— Więc ją skróć. — Oczy Wilde'a były zamknięte.
— „Tak, panie” powiedział robot — powiedział Robot. — Ok, cokolwiek mówisz. Praktycznie, umarłem po postrzale. Mój mózg został natychmiast zeskanowany w prototypo- wym systemie obrazowania neuronowego i wzorzec został zapisany.
— Daj spokój — powiedział Wilde. — Nie robimy... nie mieliśmy takich rzeczy.
— Ludzie Reida mieli. Byli bardziej zaawansowani niż ktokolwiek podejrzewał. A ja byłem pierwszy. Pierwszym człowiek, w każdym razie. Jestem przekonany, że większość ulepszonych małp tutaj pochodzi ze wczesnych eksperymen- tów tego okresu. Jednak, to było wiele lat później — choć nie, oczywiście, subiektywnie — gdy otworzyłem oczy i okazało się, że jestem na nieprawdopodobnym statku kosmicznym. Wygodnym, jeden g, ale żadna rotacja lub przyśpieszenie nie były widoczne, gdy wyglądałem na zewnątrz. Oczywi-
113
Rozdział 5. Miasto Statku 114
Ście wirtualna rzeczywistość. To, co było za oknami, było tym, co było w rzeczywistym Świecie.
Przerwał. Minuta minęła. Mężczyzna sięgnął ręką do tyłu i uderzył kostkami w bok Maszyny. Potem possał kostki.
— Ato, co było na zewnątrz, to?
- Ganimedeg"] chyba — powiedział Robot. — To, co z niego pozostało. Maszyna, którą zamieszkiwałem, nie była znacz- nie większa od tej, którą teraz widzisz. Ta i tysiące innych, były zaangażowane w budowie platformy. Wszędzie dookoła pierścieni Jowisza, inne maszyny były zaangażowane w po- dobnych zadaniach.
Znowu głos się urwał.
— Pierścienie Jowisza? — spytał Wilde. — Ktoś był zajęty.
— Zgadnij kto.
— Reid?
— I spółka.
— Oni to zrobili? Kiedy?
— 2093.
Wilde otworzył oczy i spojrzał ponad kanałem.
— Zakładam — powiedział — że ludzie i roboty równo- ważne ludziom nie zrobili tego wszystkiego sami.
— Rzeczywiście nie. Pomiędzy belkami platformy były wielkie byty, które nazywaliśmy makrami. Były stworzone z nanomaszyn i były platformą hardware dla milionów wgra- nych umysłów. Ludzie tutaj, teraz, nazywają ich „Szybkim Ludkiem”. Już wtedy byli daleko poza ludzkością i budowali tunel czasoprzestrzenny, ten, którym nasz statek przeszedł, żeby się tutaj dostać.
zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ganimedes_ (ksi
C4%99%C5%BCyc) |- przyp.tłum.
Rozdział 5. Miasto Statku
— Gdzie są teraz?
— Ach — powiedział Jay-Dub. — Dobre pytanie. Te do- okoła Jowisza straciły zainteresowanie, powiedzmy, w ze- wnętrznym Świecie. Prototypy, z których się rozwinęły, kod źródłowy, jeżeli wolisz, zabraliśmy ze sobą, tak jak zabrali- śmy zapisane umysły i zakodowane ciała zmarłych.
— W tym mnie?
— Cóż, tak. Twoje rzeczywiste ciało nie było zakodo- wane, z tego, co wiem. Istniała próbka tkanki, z której po- tem, z której cię sklonowałem. Twój umysł był zakodowany, tak jak mówiłem.
— Oddzielnie od Twojego? — Wilde brzmiał zaskoczony.
— Mój umysł i Twój były skopiowane z tego samego ory- ginału — powiedział Jay-Dub. — Obudziłem się w tej maszy- nie w dokładnie tym samym stanie umysłu, jak Ty obudzi- łeś się wczoraj, i z dokładnie tymi samymi wspomnieniami. I w mniej pomyślnych okolicznościach.
— Moje serce — powiedział Wilde — absolutnie kurwa krwawi.
— Moje niezwykle rozbudowane oprogramowanie wy- krywa stopień wrogości. — Głos Maszyna próbował ironii, coś spoza jego znajomego zasięgu.
— Mam nadzieję, że tak — powiedział Wilde. — Właśnie przyznałeś, że klony są oddzielnym problemem od zachowa- nych umysłów. Więc obecność kogokolwiek tutaj, kto wy- gląda jak ktoś, kogo kiedyś znałem, nie jest oznaką w, kurwa, ogóle, że ta osoba właściwie tutaj jest, prawda?
— W zasadzie tak, ale...
— Więc Twoja uwaga o klonie będącym jakiegoś rodzaju
115
Rozdział 5. Miasto Statku 116
powodem do nadziei, że Annette była, jak to ująłeś, pośród Nieożywionych, była całkowicie kłamstwem.
— Nie — powiedziała Maszyna. — To oznacza, że jest szansa.
Wilde pokręcił głową.
— Im bardziej o tym myślę — powiedział — tym więcej wątpię. Nigdy nie wierzyła w krionikę, ani w transfer umy- st] lub jakiekolwiek takie gówno. Jeżeli wierzyła w co- kolwiek, to wierzyła w powszechne zmartwychwstanie na końcu czasu. Punkt Omegq']
— I całe to gówno — powiedział Jay-Dub.
Wilde się roześmiał.
— Nadal tak myślisz? Hm, chylę czoła Twojemu więk- szemu doświadczeniu.
Maszyna lekko się przesunęła.
— Koniec czasu może być bliżej, niż myślisz i gorszy niż sobie wyobrażasz.
— Co masz na myśli?
— Wolałbym, żebyś sam to wypracował — powiedział Jay-Dub. — Cokolwiek o tym powiem, to tylko jeszcze bardziej ob- ciąży Twoją bezkrytyczność. Jednak doda stopień pilności naszemu zadaniu.
— Naszemu zadaniu? — Wilde prawie krzyknął. — Co masz na myśli „naszemu ”? Widzę to tak, że nie jestem Jonem Wilde'em. Mam jego wspomnienia i moje ciało jest jak jego dwudziestoletnie. — Zapalił i wyciągnął kolejnego papierosa, uśmiechnął się przez kaszlnięcie. — W wieku dwudziestu lat,
2 upload, przeniesienie umysłu człowieka w symulację komputerową,
zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Transfer _umys%C5%82u-
przyp.tłum.
3 więcej https://en.wikipedia.org/wiki/Omega_Point, —
przyp.tłum.
Rozdział 5. Miasto Statku
wszyscy czujemy się nieśmiertelni. Jednak jeżeli ktoś twier- dzi, że jest Wilde em, to Ty. Możesz dotrzymać jego obiet- nic, walczyć w jego bitwach. Jestem pewien, że pamiętasz jedną z tych pijanych dyskusji z Reidem o klonowaniu ciał i kopiowaniu osobowości. I wniosek, do jakiego doszedłeś: kopia to nie oryginał, zatem... Reid powiedział to w jakiś osobliwie teologiczny sposób, jeżeli pamiętasz.
— „Zmartwychwstali zmarli w Dzień Sądu są nowymi
stworzeniami, tak niewinnymi, jak Adam w Ogrodzie Eden”.
— Dokładnie — powiedział Wilde. — To jest to, czym je- stem, nowym stworzeniem. Nowym człowiekiem. — Posłał niedopałek wirujący w kanał i zerwał się na nogi, rozcią- gając szeroko ramiona i patrząc prosto w niebo. — Nowym Marsjaninem!
— Jesteś po prostu Wilde'm — powiedziała Maszyna. — Dokładnie tak by zareagował.
Mężczyzna się roześmiał.
— Nie złapiesz mnie tak łatwo. Podobieństwo, nieważne jak dokładne, nie jest tożsamością. Ciągłość jest.
— Może tak być — powiedziała Maszyna. — Ale wszystko na Nowym Marsie jest logiczną konsekwencją zakładania negacji tego.
Wilde zamknął na chwilę oczy, potem przykucnął koło Robota i narysował linie w piasku i żwirze nabrzeża ry- bią ością. Spojrzał na powstałe gryzmoły jakby były rów- naniem, które próbował rozwiązać.
— Ach — powiedział. Pomyślał o tym jeszcze trochę. — Wszystko?
— Wszystko, co ma znaczenie — powiedziała Maszyna.
— Ale to jest szalone. To jest gorsze niż złe... , to błędne.
117
Rozdział 5. Miasto Statku 118
— Spodziewałem się, że tak pomyślisz — powiedział Jay-Dub, nuta zadowolenia w jego tonie. — W ten sposób, czy identy- fikujesz się z oryginalnym Jonathanem Wilde m, czy nie, prawdopodobnie będziesz chciał zrobić to, co ja chcę, żebyś zrobił.
— A jest to?
— Powiedziałeś, że zabił cię Reid, mnie, nas, nieważne. Przynajmniej był odpowiedzialny. Pozwij gnoja za morder- stwo.
Wilde się roześmiał.
— Pozwać, a nie oskarżyć? Macie też i to? — Brzmiało to, jakby ciekawość prawa odciągnęło jego zainteresowanie własną sprawą.
— To też — powiedział ciężko Jay-Dub. — Mamy policen- tryczny system prawą]
— Dowolny system prawa — powiedział Wilde — który ży- jącemu pozwala wystąpić przed sądem i twierdzić, że został zamordowany, cóż, przegina.
— Dokładnie — powiedział Jay-Dub. — A ja chcę przegiąć, aż upadnie.
Wilde pogrzebał jeszcze trochę w piasku.
— Ach — powiedział. — Rozumiem. Bardzo zgrabnie. Wszyst- kie odpowiedzi są złe. Jak koan.
Spojrzał na niego.
— Dlaczego — dodał — nie mogłeś sam pozwać Reida we własnym imieniu?
Jay-Dub stanął, wyprostował i rozłożył swoje nogi.
4 system prawa zakładający współistnienie niezależnych i konkurujących ze sobą systemów prawnych, więcejhttps://pl.wikipedia.org/wiki/ Policentryczny_system_prawa — przyp.tłum.
Rozdział 5. Miasto Statku 119
— Rozejrzyj się — powiedziała, wymachując ramionami na zatłoczone nabrzeże. — Każda podskakująca małpa ma prawa, które sąd uzna. Ja nie. Jestem instrumentum vocale: narzędziem, które mówi.
— Więc co z tym rozróżnienie, które tak często robisz, pomiędzy równoważnym człowiekowi a tylko jebaną maszyną?
— „Równoważna człowiekowi” — powiedział Robot zgorzk- niale — jest terminem marketingowym. Nie ma żadnego opar- cia prawnego, prócz abolicjonistów, a wszyscy mają ich w du- pie.
— Och? — Wilde spojrzał zainteresowany. — To są ludzie z którymi. .. gynoid uciekł?
— Tak.
— Chcę z nimi pogadać. Brzmią jak mój rodzaj ludzi.
— Zapewniam Cię, że nie są — powiedział Robot. — Są rodzajem moralistycznych, dogmatycznych, obłudnych pu- rystów, którymi gardziłeś całe życie.
— Dobrze — powiedział mężczyzna. — Powiedziałem moim rodzajem, nie Wilde-a.
Wstał.
— Zamierzam się z nimi spotkać.
— To mógłby być błąd.
Wilde raźno ruszył wzdłuż nabrzeża.
— To jest ten rodzaj błędu — powiedział, gdy Jay-Dub wstał i podążył — którego nie zrobiłem, umierając. Niezbyt wielu ludzi ma szansę się z tego uczyć.
Biuro Reida jest wielkie. Ściany są zakrzywione, wy- konane z prostego szarego cementu, który daje niespodzie- waną atmosferę ciepła. Widok z okien dodaje duży procent
Rozdział 5. Miasto Statku 120
do ceny pokoju. Poranne światło wpada przez nie pod ką- tem. Na biurku, z solidnego drewna wypolerowanego tak, że wygląda prawie jak plastik, stoi zwykła klawiatura i ekran. Reid ma kontakty, których rzadko używa, na oczach.
Siedzi przy biurku, opierając się na nim, przeglądając wyniki poszukiwania. Poszukiwanie jest szybkie, a sceny pokazują się w odwróconym porządku. Dni nagranych roz- mów telefonicznych paplają i gestykulują do tyłu.
Zatrzymuje się, zwalnia, strony do przodu. Zatrzymuje obraz.
Patrzy w górę.
— Chodźcie — mówi.
Collins i Stigler podchodzą i patrzą na ekran. Pokazuje wnętrze taksówki w jakimś wielkim potężnym pojeździe trans- portowym. Szczegóły są oryginalne: zwisający mikrofon, od- rywające się motto, watowane siedzenia polietylenowe. Męż- czyzna z porytą, skórzastą twarzą patrzy w kamerę. Koło niego siedzi młoda kobieta z bardzo ciemnymi oczami, bar- dzo ciemnymi włosami, ciasnym t-shirtem i przyciętymi szor- tami z dżinsu. Wygląda na inteligentną i ostrożną dziwkę.
Reid porusza palcami i obraz zaczyna się ruszać. Nastę- puje migotanie interferencji, która sprawie, że wszyscy trzej mężczyźni mrugają i lekko potrząsają głową. Gdy otwierają oczy, ekran nie ma zakłóceń.
— Zapomnij — mówi mężczyzna. — Zły numer.
Jego ręka porusza się za kadr i ekran gaśnie. Kolejna nagrana rozmowa się zaczyna. Reid zatrzymuje i cofa. Za- trzymuje się na interferencji, puszcza ją znowu powoli.
— Och kurde — mówi.
Rozdział 5. Miasto Statku 121
Klika na ikonę innego ekranu i startuje oprogramowa- nie analityczne. Migotanie nagle staje się stroną symboli. Reid znowu klika. Symbole rozwijają się na ekrany tekstu. Reid śledzi palcem po monitorze, jego brwi coraz bardziej zmarszczone.
— Sukinsyn — mówi, siadając.
Stigler drga.
— Ten facet — mówi podniecony. — Z tą skórą, on jest...
Reid patrzy na niego.
— Serio, Sherlocku.
Wywołuje znowu obraz i uruchamia kolejny program, który wygładza i zmiękcza obraz Mężczyzny.
— Hej! — mówi Collins.
Reid wskazuje na ekran.
— Znajdźcie go — mówi.
— Chwila — mówi Stigler. — Mówiłeś, że potrzebujemy nakazu, a nie wydaje mi się, że sąd...
Reid klepie go w plecy.
— Nie martw się o to. — Uśmiecha się. — Ten człowiek jest martwy.
Wychodzi i opiera się raz jeszcze na parapecie, patrząc przez okno na miasto i uśmiecha się w słońcu.
Rozdział 6
Żołnierz Lata
Spojrzałem znad Observera na stół ze śniadaniem. Na zewnątrz, za oknem balkonowym, nasze małe otoczone mu- rem podwórko brzęczało od pszczół i pełne było kwiatów. Promienie słońca o dziesiątej wpadały stromo. Annette sie- działa ze stopami w górze na ławce po drugiej stronie, opie- rając się o mur, ciesząc się pierwszym papierosem i drugą kawą w tym dniu. Eleanor, główny powód, dlaczego wstali- śmy o tej godzinie w niedzielny poranek (i wynik niedziel- nego poranka siedem lat temu, kiedy wyjście z łóżka było ostatnią rzeczą w naszych głowach) klęczała z pisakami i ksią- żeczką do kolorowania.
— Co dzisiaj robimy? — spytałem.
— Walka o pokój — powiedziała stanowczo Annette.
— Nie ja — powiedziałem, razem z jęknięciem Eleanor „Och, nie mamo”. Zapomniałem o demonstracji CND | choć od tygodni było to zapisane najpierw ołówkiem, potem dłu- gopisem, na kalendarzu w kuchni.
— Wedle uznania, anarchiści — powiedziała Annette, ga- sząc papierosa. Coś w jej tonie i geście powiedziało mi, że
I Campaign for Nuclear Disarmament — Kampania na rzecz rozbrojenia nu- klearnego — przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 123
była zirytowana. Po wcześniejszych demonstracjach, wie- działa, że nasz sprzeciw był oparty bardziej na lenistwie niż na zasadzie. W tym roku Czarnobylu i Trypolisu, opuszcza- liśmy gardę.
— Może się tam spotkamy? — zasugerowałem nagle. — Eleanor i ja moglibyśmy skoczyć na rynek w Camden, po- tem pójdziemy i zobaczymy babcię i dziadka w Marble Arch i będziemy cię wyglądać, a potem wszyscy możemy udać się do McDonalda.
Gdy mówiłem, Eleanor szczerze przeliczała, czy wędro- wanie po straganach z używanymi książkami było warte tego przez wzgląd na zobaczenie dziadków i zatankowanie che- eseburgerami i szejkami. Ze sposobu, w jaki jej oczy poja- Śniały, wyglądało, że minimum poświęcenia było do zaak- ceptowania. Odwróciłem się do Annette, która posłała mi udobruchany uśmiech.
— Ok — powiedziała. — Przynajmniej tam będziecie. — Wstała, we wdzięcznym ślizgu nocnej piżamy i szlafroku. — I chodź, ty — dodała, garbiąc się, żeby poklepać wystający tyłek Eleanor, teraz z powrotem kolorującej. — Załóż na pupę jakieś normalne ubranie.
— Czy musimy?
Były momenty — jak ten, lub przy zasypianiu — kiedy żałowałem prawdziwej odpowiedzi, zamiast skłamania, na pytanie: „Tato, co to libertarianizm ?”.
— Nie, my nie musimy — powiedziałem. — Ale tak zro- bimy, ponieważ tak, cholera, mówię.
— Powiem mamusi, że tak powiedziałeś.
— Co powiedziałem?
Rozdział 6. Żołnierz Lata 124
— Cholera.
— Proszę bardzo, kablu.
— Co to kabel?
— Znacznie gorsze słowo. Okropne słowo.
W tym czasie byliśmy na ulicy, idąc żwawo wzdłuż Hol- loway Road. Nawet w niedzielę ciężarówki były w kolejce, trąbiące nosy do śmierdzących tyłów. Obwiniałem ekolo- gów, którzy latami opóźniali poszerzenie Archway Road i spo- wodowali zarazę planistyczną na całej dzielnicy. Przynaj- mniej obniżyło to ceny mieszkań na parterze. Wyraziłem swoje uczucia, zaczynając Śpiewać „Dziesięciu Zielonych Manifestantów” i Eleanor się dołączyła, przeskakując. Kiedy dotarliśmy do „,...nie będzie już zielonych manifestantów i droga przez ścianę!”, byliśmy już w autobusie w Camden.
Górny pokład, ocierające gałęzie. Palacze musieli sie- dzieć z tyłu. Obwiniałem ekologów.
Chalk Farm Road i Camden Market rozweseliły mnie, jak zawsze, niezależnie od tego, czy znalazłem cokolwiek, co chciałem. Stragany, kanały i niewidoczna ręka pchlego targu, jego czarne plastikowe torby i zadaszenia ze sztanda- rów anarchistycznej armii, która ciągle byłaby tam, nawet gdy reszta zrobiłaby to, co najgorsze, żeby cokolwiek tam w ogóle zostało.
Wyszliśmy z oprawionym w skórę Lord Macauley dla mnie, antycznym staniku ze sztucznego jedwabiu dla An- nette, koralowym przyciskiem do papieru dla moich rodzi- ców i wspinającą się drewnianą małpką dla Eleanor. Byłem zatem w dobrym nastroju, kiedy wyszliśmy koło linii poli- cjantów na Marble Arch i spotkaliśmy moich rodziców nie- daleko Speakers Corner. Tak jak się spodziewałem, rozda-
Rozdział 6. Żołnierz Lata 125
wali ulotki, broszury i ogólnie denerwowali pierwszy kon- tyngent, który się włączał po włóczeniu się — w całkowicie nieusprawiedliwionym poczuciu osiągnięcia czegoś — z in- nego parku do tego.
Eleanor pobiegła, żeby być złapana przez dziadków. Oto- czyłem ich oboje w szybkim uścisku w powietrzu i pozwo- liłem im wrócić do pracy. Wysocy, przygarbieni, szarowłosi i twardzi jak stare buty, widzieli to wszystko już wcześniej: Unia Ślubowania Pokoju, Kampania na rzecz rozbrojenia jądrowego, Komitet 100, Kampania Solidarności z Wietna- men] .. Dzisiaj znowu przyzwoicie handlowali broszurami. Pomiędzy patrzeniem się na demonstrację i rozmawianiem z kimkolwiek, kto nie był w pełnym pływie, przejrzałem Czy Trzecia Wojna Światowa jest nieunikniona?. Okładka tak ponura niczym każda propaganda ruchu pokojowego, zawartość to zimne odprawienie dwóch wieków kampanii pokojowych, które nie zapobiegły (gdzie nie były aktywnie wspierane) coraz bardziej niszczącym wojnom.
Flaga szkockiego ASTMSF|powiewała nad bramą, i gdy przyżeglowała bliżej, zobaczyłem Annette kilka rzędów za nią. Szła z człowiekiem, którego rozpoznałem, z miłym za- skoczeniem, jako Reida. Widzieliśmy się kilka razy przez ostatnią dekadę, trzymaliśmy kontakt: spał na naszej podło-
https://en.wikipedia.org/wiki/Campaign_for_ https://en.wikipedia.org/wiki org/wiki /Vietnam_Solidarity_Campaign|- przypałum.
Association of Scientific, Technical and Managerial Staffs //en.wikipedia.org/wiki/Association_of_Scientific,
_Technical_and_Managerial_Staffs - przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 126
dze dostatecznie często, kiedy był w Londynie w pracy lub polityce.
Stałem pod drzewami, podczas gdy moja matka rozma- wiała z Eleanor, a mój ojciec dyskutował z zabłąkanym Spar- takusowcenf'] i obserwowałem ich zbliżanie. Byli głęboko zaangażowani w rozmowie, twarze poważne, oczy nieświa- dome otaczającego marszu. Kiedy byli około dwudziestu metrów dalej, Reid, prawdopodobnie rozproszony przez nie- dalekie podniesione głosy, spojrzał w bok i mnie zobaczył. Dotknął łokcia Annette i też mnie zobaczyła, i natychmiast wyłamali się z szeregów i podbiegli.
Włosy Reida były krótsze i schludniejsze niże te, które miał ostatnim razem, gdy go widziałem, na konferencji Cri- tique zeszłego roku. Koszula, czarne dżinsy i Reebok były nowe. Jego kurtka dżinsowa była wyblakła i postrzępiona, pokryta odznakami przeciwko Reaganowi i Thatcher, Cruise i Pershing, za Sandinistami i Solidarnością, i (jakby ta nie- prawdopodobna kombinacja nie była wystarczająca) czerwono-złotą emaliową odznaką obchodów Olimpiady w Moskwie w 1980 roku. Torba na zakupy obijała się lekko w jednej dłoni.
— Cześć Dave. Dobrze Cię widzieć, facet.
— Tak, wzajemnie. — Klepnął mnie w ramię. — Witaj Ele- anor. Dużo urosłaś. — Eleanor uśmiechnęła się i pokazała wszystkie przerwy w jej mlecznych zębach. Jej wzrok ciągle wracał do jasnych rzędów odznak.
Dyskusja mojego ojca zakończyła się patem. Spartaku-
4 prawdopodobnie https://en.wikipedia.org/ wiki/International _Communist_League_(Fourth_
Internationalist) |- przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 127
sowiec, chudy chłopak w wełnianej czapce i koszuli w kratę, zobaczył Reid i odwrócił się jak namierzający radar.
— Towarzyszu. ..— zaczął, robiąc krok do przodu i prze- suwając pakiet papierów w pozycję bojową.
— Och, odwal się — powiedział Reid, ledwie na niego patrząc. Stanął przed moim ojcem. — Dzień dobry, panie Wilde. Jestem David Reid. Annette i Jon często opowiadali mi o Panu.
— Martin — powiedział mój ojciec. — A to moja żona Amy. Miło mi Cię poznać, Davidzie. — Uśmiechnął się. — Jonathan mówił mi, że jesteś całkiem bystry, jak na trocki- stę.
Reid spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami. Wzruszy- łem ramionami i rozłożyłem ręce.
— Nie biorę odpowiedzialności za to, co jego skrzywiony umysł robi z czymkolwiek, co powiem.
— Możemy już iść do McDonalda?
Mój ojciec uśmiechnął się do Eleanor i sprawdził czas na zegarku.
— Za chwilę będzie kilku towarzyszy — powiedział. — A Ty, David?
Reid potrząsnął torbą na jednym palcu.
— Sprzedałem większość moich druków. Ta, będę mógł się wyrwać za jakieś pół godziny.
— Teraz i tak będą nudne mowy — powiedziała Annette. Uśmiechnęła się i pomachała beztrosko. — Dla mnie w po- rządku.
— Nigdy nic nie przynosi z demonstracji — wyjaśniłem.
— Tylko piękną siebie.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 128
— To wystarczy. — Reid i ja powiedzieliśmy to w tej samej chwili i wszyscy się roześmiali.
Wałęsaliśmy się przez kilka minut, póki towarzysze mo- ich rodziców, którzy, ku mojemu zaskoczeniu, mieli zielone włosy i przebite nosy, się nie pojawili. Potem zanurkowali- śmy pod główną drogą i przez złote łuki, żeby odkryć, że miejsce jest pełne. Dużo odznak i plastikowych toreb, dużo czerni.
— Przeklęci antyamerykanie — wymamrotał Martin, gdy stanęliśmy w kolejce. — Niedożywieni, nie-pracujący i pod- legli!
Powtarzał jakiś wariant tego przy każdej okazji podej- rzewanego sentymentu antyjankeskiego i teraz ledwie chrząk- nąłem na to, ale Reid uśmiechnął się szeroko.
— Ta — powiedział. — Przychodzą tutaj, zabierają nasze miejsca...
Dziesięć minut później stłoczyliśmy się dookoła czegoś, co nie było stołem, a skrupulatnie dokładną plastikową re- pliką. Eleanor siedziała pomiędzy jej dziadkami i ich za- bawiała. Annette siedziała na jednym przybitym do ziemi krześle, a Reid i ja, na wpół pochyleni, wpółsiedzieliśmy na drugim.
— Annette mówi, że ciągle wykładasz — powiedział Reid.
— Ta. — Podmuchałem na gorącą frytkę. — Pół etatu, umowy krótkoterminowe. Dalsza edukacja przebiega jak praca biu- rowa w tych dniach.
— Powinieneś pochwalać. — Dave jadł szybko, odwraca- jąc wzrok od czasu do czasu.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 129
— Byłbym, gdy był jakiś sens w tym wszystkim...Po prostu dobrze, że Annette dostała stałą pracę.
— Solidny żywiciel rodziny — powiedziała Annette po- między kęsami.
— Bezpieczna od wszystkiego prócz wariatów od praw zwierząt?
— O to chodzi. A Ty jak sobie radzisz?
— Pracuję dla North British Mutual — powiedział Reid. — Wielka firma ubezpieczeniowa w Edynburgu. Mniemam, że powinienem być inżynierem oprogramowania. To jak bycie programistą, ale robisz to prawidłowo. — Pochylił się bli- żej w parodii poufności i mrugnął do mojego ojca. — Łatwa kasa.
— Ciągle w IMG] zakładam?
Reid uśmiechnął się pokrętnie.
— W tych czasach wszyscy są w Partii Pracy, ale wiesz, jak to jest. Pracowałem w Związku. Byłem w komitecie bran- żowym w zeszłym roku.
Mój ojciec spojrzał nagle czujnie. Był w swoim komite- cie branżowym przez dziesięciolecia.
— Boże, to musi być emocjonujące — powiedziałem.
Przez chwilę twarz Reid wyglądała na całkowicie zmę- czoną.
— Jest ok — powiedział. — Tak czy inaczej lepiej niż na spotkaniach oddziału Partii Pracy.
— Powiem Ci, jaki masz problem — powiedział cicho mój ojciec. — Ciągle robisz to dla Partii, nie dla Związku.
5 International Marxist Group - grupa trockistowska w Wielkiej Bryta- nii w latach 1968 a 1982, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/ Internat ional_Marxist_Group|- przyp.łum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 130
Reid pokręcił głową.
— Jestem za Związkiem!
Martin zmrużył oczy, przez sekundę wytrzymał jego wzrok, potem wrócił do bawienia się z Eleanor.
— Czym się obecnie zajmujesz w polityce? — spytał Reid, przerywając dziwną ciszę. — Wejście u Torysów?
— Bardzo Śmieszne — powiedziałem. Raz przemawiałem na spotkaniu towarzyskim, ale nie chciałem mu tego mó- wić. — Robię dziwną pracę i piszę artykuły za tym, co uwa- żam dobrą sprawą. Wszystko od Amnesty International do Towarzystwa Kolonizacji Kosmosu z Sojuszem Libertariań- skinf'] gdzieś pomiędzy. — Wzruszyłem ramionami. — Wiem, to brzmi nieco. .. wszędzie wokoło.
— Kosmos i wolność, co? — powiedział lekko Reid.
Po drugiej stronie ulicy demonstracja ciągle nas mijała. Flaga z obrazem wznoszącemu się rakiety, klasy Polaris, złapała moje oko, i myślę, że to była ta chwila, kiedy wszystko się złożyło, kiedy miałem wizję. Zobaczyłem przyszłość, gdzie inni ludzie, nieskończenie różni od tych, nieskończe- nie podobni jak oni, nieśli sztandary z innymi i większymi rakietami, Śpiewali nieznane slogany, których nie mogłem zrozumieć.
— To jest to! — powiedziałem. — Właśnie tego potrzebu- jemy, żeby uciec od jądrowych terrorystów. Ruch Kosmiczny! Ucieczka z planety małp!
— To byłby dzień — powiedział Reid. Badał kęs bułki po- sypanej sezamem, wepchnął ją do ust i przeżuł. — Ok, lu-
6 istniejący think tank założony w celu zniesienia opodatkowania i inter-
wencjonizmu rządu na życie ekonomiczne i społeczne, zob. https://en. wikipedia.org/wiki/Libertarian Alliance przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 131
dzie, muszę iść. — Uśmiechnął się dookoła stołu, zobaczył pożądliwy wzrok Eleanor na jego odznaki, zdjął jedną i po- dał jej. „Praca Nie Bomby”. — Mój numer telefonu jest ten sam. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję. — Złapałem mi- gnięcie spojrzenia pomiędzy nim a Annette. Jego oczy, gdy odwrócił się do mnie, był spokojny i przyjazny jak zawsze. — Następnym razem chodźmy na normalne picie, co?
— Pewnie — powiedziałem. — „Nie te bogoimperialistyczne bzdury”.
— Ta — uśmiechnął się. — Cóż, z powrotem do Judejskiego Frontu Ludowego.
— Co!?? Nie miałeś na myśli Ludowego Frontu Judei?
Reid uderzył się w czoło.
— Oczywiście. Do zobaczenia chłopie.
Przebił się przez tłok i zniknął w tłumie.
Skończyliśmy nasz fast-food wyzywająco nieśpiesznie. Kolejka, tak widocznie niekończąca jak demonstracja, prze- suwała się do przodu. Mój ojciec zauważył młodą kobietę niosącą papiery, których nagłówek — nie to nawet nie było to, to była faktyczna winieta — brzmiał „Walcz z rasizmem! Walcz z imperializmem!” i spytał jej tonem grzecznej cieka- wości:
— Dlaczego dla odmiany nie walczysz z kapitalizmem?
Jednak gdy młoda kobieta powiedziała tylko kilka zdań, zatrzymał ją z uśmiechem i podniesionym palcem. Spojrzał na zegarek i triumfująco postukał w niego palcem.
— Minuta dwadzieścia pięć sekund — powiedział do za- skoczonej kadry. — Gratulacje. To najkrótszy dotychczasowy czas, w którym członek,... spójrzmy. . .— udawał odliczanie
Rozdział 6. Żołnierz Lata 132
na palcach — odłam z odłamu, z odłamu z Czwartej Między- narodówki nazwał mnie sekciarzem.
Cofnął się, gdy wszyscy wstaliśmy zmieść resztki na tace.
— Co z tym? — powiedział młoda kobieta z oburzeniem, widząc spojrzenie ukradkowej empatii ze strony Amy. — Co to Czwarta Międzynarodówka?
— Nie martw się kochanie — powiedział Amy, przeciska- jąc się bliżej. — On jest strasznym człowiekiem.
Jednak jednocześnie wsunęła ulotkę dziewczynie.
Amy wierzyła, że istnieje jeszcze nadzieja dla wszyst- kich.
Prócz, prawdopodobnie, Martina.
Na placu zabaw koło Holloway Road, Eleanor kroczyła wzdłuż namalowanych lwich odcisków stóp i nagle wysko- czyła na huśtawki. Zabraliśmy ją tutaj do pobiegania po wszyst- kich jazdach metrem i autobusem, które by przesiedziała.
Annette klapnęła na ławce.
— Jestem wykończona — powiedziała. — Długa droga. — Oparła się, oczy na wpół zamknięte w słońcu, ale ciągle ob- serwując Eleanor.
Usiadłem koło niej, pochylając się do przodu, łokcie na kolanach.
— Długa rozmowa, też?
— Och tak. Dave. — Westchnęła i przesunęła, na wpół pa- trząc na mnie, ramię ułożone na oparciu ławki. — Trafiłam na niego sprzedającego jego szmatławiec fakcji Akcji Socja-
Rozdział 6. Żołnierz Lata 133
listycznej”| w rejonie zbiórki, i zgubiłam oddział Islington, więc skończyłam, maszerując z tymi wszystkimi szkockimi związkowcami. Dave i ja rozmawialiśmy całą drogę.
Uśmiechnąłem się.
— Jak w dawnych czasach.
Annette przesunęła górnym zębem po dolnej wardze, spoj- rzała na torbę i sięgnęła po papierosa.
— Ta, cóż...— Zapaliła, głęboko zaciągnęła, westchnęła dymem. — Mógłbyś tak powiedzieć. Kurde, to jest trudne.
— Co jest trudne?
— Powinnam Ci powiedzieć wcześniej, ale wydawało się, że nigdy nie było dobrego powodu lub właściwego czasu. Prawda jest taka, że od dłuższego czasu David, hm, cóż szar- mancko ze mną flirtował, wiesz?
— Oczywiście. — Uśmiechnąłem się kwaśno, czując na- pięcie i zimno. — To zrozumiałe. I mniemam, że Ty kokiete- ryjnie flirtowałabyś z nim?
— Jakie to miłe z Twojej strony, że tak mówisz. — Pochy- liła się do przodu i położyła dłoń na moim kolanie. — Ale Dave jest uparty i dosłowny, i jest tak cholernie poważny...
— I źle interpretuje — powiedziałem, mój głos ciężki i pła- ski. Eleanor zeskoczyła z huśtawki i pobiegła po trawiastym kopcu, jak długi kurhan, i zaczęła się wspinać po sztucznym drzewie z drewna i metalu.
— Tak. — Annette brzmiała, jakby jej ulżyło. — Może to dlatego. ..— Przestała na chwilę i wciągnęła powietrze do- okoła papierosa, jakby to był skręt. — Dzisiaj — kontynu- owała pewniejszym głosem — Boże, moje uszy mi płoną. Po-
1 mała grupa trockistów w Wielkiej Brytanii, więcej https://en.
wikipedia.org/wiki/Socialist _Action_ (UK) - przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 134
wiedział mi, że pozwalając naszemu. ..związkowi, lub co- kolwiek to było, rozpaść się było największym błędem, jaki kiedykolwiek zrobił, że nigdy o mnie nie zapomniał. ..— Jej głos się urwał i wpatrzyła się w przestrzeń. — Zawsze mnie kochał i chce mnie z powrotem — zakończyła w pośpiechu.
Gapiłem się na nią.
— Chcesz mi powiedzieć...
— Taa-ta! — Eleanor zawodziła ze szczytu drzewa wspi- naczkowego. Machała rękami jak wiatrak, gdy się kołysała, jej stopy na szczytowych uchwytach. Skoczyłem, zakrzywi- łem przestrzeń, wydawało się, że chwilę później sięgałem, żeby ją złapać i opuścić na ziemię.
— Zostań na huśtawkach — powiedziałem. — Proszę!
Znowu usiadłem koło Annette, potrząsając głową. Moje serce dudniło z różnych powodów.
— On rzeczywiście tak rażąco to powiedział?
— Tak — przyznała Annette.
— Jezus! — wybuchłem. — Co on, kurwa, kombinuje? — Pomyślałem o naszych zwykłych, przyjaznych żartach i po- czułem mdłości.
— Powiedziałam Ci — powiedziała Annette — co on kurwa kombinuje.
— A co Ty odpowiedziałaś?
Annette zapaliła kolejnego papierosa, jej dłonie drżące, płomień niewidoczny w świetle.
— Powiedziałam, że jest szalony, że przesadza i że jestem absolutnie szczęśliwa, że cię kocham i Eleanor, i, że nie ma żadnej możliwości, żebym cię zostawiła dla niego. W zasa- dzie powiedziałam, żeby zapomniał o tym. — Uśmiechnęła się do mnie słabo. — Czego się spodziewałeś?
Rozdział 6. Żołnierz Lata 135
— Cóż, tego, najwidoczniej. — Zmrużyłem oczy w słońcu, uśmiechając się do niej z ulgą. Gniewałem się, nie na nią, na niego. Jednak coś z tego musiało wyciec w głosie, gdy pytałem: — Ale powiedziałaś mu, że Ty go nie kochasz?
— Nie — odpowiedziała Annette. — Nie mogłam. To nie tak, że ciągle go kocham! — Zaśmiała się. — Nie kocham, nie. ..w ten sposób, ale ciągle dbam o niego. Tak jak i Ty, prawda? I nie wiem, czy Ty o tym wiesz, ale mam poczucie, że jest naprawdę nieszczęśliwy, zażenowany i sfrustrowany, i to byłoby jak kopnięcie w zęby.
Kop w zęby, pomyślałem, to dałoby się załatwić. Nie- mniej odetchnąłem, rozluźniłem się, zmusiłem się do uśmie- chu i powiedziałem:
— Ta, ok, cieszę się, że powiedziałaś, co się stało. I jemu i mnie. — Uśmiechnąłem się szczerzej i pochyliłem się do przodu, żeby ją objąć, i gdy to robiłem, zauważyłem, że mia- łem papierosa w dłoni, że po pięciu latach bez tych choler- nych rzeczy znowu paliłem.
— Cóż — powiedziałem — pieprzyć to.
— Tak.
Co było bardzo dobre i cudowne, ale potem, leżąc i pa- trząc na sufit, myślałem o tym, co mi powiedziała, i, bardziej niepokojąco, o tym, czego nie powiedziała.
Patrząc wstecz, widzę, że Annette zaniżyła okres, w któ- rym Reid z nią „szarmancko flirtował”. Zaczął to robić już pierwszego wieczoru, kiedy spotkał nas, gdy zaczęliśmy być ze sobą. Myślałem o tym jako o żarcie ze mnie, komple- mencie dla Annette, o ile o tym w ogóle myślałem. Krótko potem, Reid, ku zaskoczeniu wszystkich, miał krótki i burz-
Rozdział 6. Żołnierz Lata 136
liwy romans z Myrą. Teraz to, myślałem, pokazało błysk zę- bów męskiego naczelnego, gest wobec mnie. Jednak dziw- nie, był bardziej zamknięty po przewidywalnym rozstaniu, niż był kiedykolwiek o końcu relacji z Annette. Może, jak ja, bezwiednie zakochał się w Myrze, a ona go nie chciała.
Współzawodnictwo seksualne było splecione z naszą przy- jaźnią od początku, a czy byliśmy blisko, czy daleko, więc widocznie pozostało.
Wytoczyłem się z łóżka i podreptałem przez mieszka- nie do kuchni. Siedziałem w kałuży światła i paliłem kolej- nego papierosa. Na zewnątrz, w czarnym oknie, moje od- bicie patrzyła na mnie ironicznie. Rządowe ostrzeżenie (za- wsze okazja na ironiczne odbicie) powiedziało mi rzeczy, których nie musiałem wiedzieć, które nie ostrzegały przed prawdziwym zabójcą: lekkie, subtelne, narastające i nieod- wracalne twardnienie serca.
Pracowałem na Uczelni trzy dni w tygodniu, a ponie- działek nie był jednym z nich. Annette wyszła do pracy, sprzątnąłem rzeczy po śniadaniu i odprowadziłem Eleanor do bramy szkoły. Odebrałem dokumenty, prawie kupując dziesięć Silk Cutów, wróciłem do mieszkania i przeleciałem nad pracami domowymi jak student na amfie. Potem usia- dłem z kawą, kalendarzem/organizerem i dzikim atakiem po odstawieniu nikotyny.
Normalnie poświęciłbym dni takie jak ten na coś, co na- zywam pracą polityczną. (Prawie przekonałem Annette, że to był pewien rozbudowany plan gry, za pomocą którego zdobędę pozycję, od pisania długich artykułów dla nieja- snych organizacji i drobnych rzeczy dla sławnych organi-
Rozdział 6. Żołnierz Lata 137
zacji, do bycia jakimś globalnym inicjatorem/figurą, której wdzięczna ludzkość pewnego dnia upamiętni pomnikami na księżycach Saturna).
Dzisiaj miałem poważniejsze plany. Odnalazłem stary adres Reida w organizerze Filofax oraz obecny (ze starym wykreślonym) w jednym z notatników Annette. Wyszuka- łem wszystkie wolnorynkowe, libertariańskie, antyekologiczne lub po prostu zwykłe całkowicie organizacje reakcji, z któ- rymi miałem jakikolwiek kontakt i zadzwoniłem lub wysła- łem adres Reida na ich listy pocztowe. Po około godzinie było to zrobione, ale nie byłem usatysfakcjonowany, więc zacząłem pracować pod kilkoma innymi kątami.
Oparłem się o dzwonek biur Freethinkef] na Holloway Road. Za mną grzmiał ruch. Jak zawsze poczułem się za- smucony widokiem zakurzonej wystawy wypłowiałych i po- ciemniałych od wilgoci książek i broszur. Po minucie sekre- tarz Towarzystwa mnie wpuścił. Lekko zbudowany, mężczy- zna w średnim wieku z głęboko pomarszczonej twarzy, oczy wielkie za grubymi szkłami. Miły, bezinteresowny i biedny niczym ateistyczna mysz kościelna. Powiedziałem mu, czego potrzebowałem, i pozwolił mi się tym zająć, zajmując się swoim śniadaniem, podczas gdy ja szukałem po aktach, prze- suwałem stosy magazynów, pobrudziłem palce atramentem od tacy mozolnie stworzonych szablonów pod naklejki ad- resowe.
8 jedno z najstarszych czasopism, których celem jest sekularyzacja, więcej https://en.wikipedia.org/wiki/The_Freethinker_
(journal)
Rozdział 6. Żołnierz Lata 138
Nie zabrało mi dużo czasu przygotowanie listy czaso- pism i organizacji, w większości amerykańskich, które mo- głyby zagwarantować pobudzenie odrobiny wolnej myśli. W ramach podziękowania przy wyjściu kupiłem za pełną cenę poważnie zniszczonej kopię wyboru prac Thomasa Pa- ine'a. Przeglądałem je, gdy używałem mojej Travelpass w trak- cie ideologicznej podróży po Londynie, od Freedom Book- shop w Angel Alley i Market Bookshop w Covent Garden do Novosti Press Agency w Kensington, wracając przez Bo- okmarks w Finsbury Park na czas, żeby odebrać Eleanor ze szkoły.
To są czasy, gdy dusza męska jest próbowana. .. Żołnierze lata i patrioci słonecznie, mogą obumrzeć na służbie kraju |
Reid nędzny? Nie wydawał się taki, prócz tej chwili, kiedy mówił o spotkaniach związkowych. Patrząc wstecz, myślałem, że widziałem w jego oczach desperackie wspo- mnienie zmarnowanych wieczorów i przeczucie kolejnych. Jeżeli próbowałby wyjebać moją żoną i zjebać mi życie, przynajmniej mogłem to najebać mu w głowie. Reid był przestraszony swoimi ideami. Miał w głowie kółka zębate. ldentyfikował się ze swoimi przekonaniami w sposób, w jaki ja nigdy nie próbowałem. Nie lubił wystawiać ich na kry- tykę, ale kiedy piasek został wsypany w te precyzyjne me- chanizmy, bez końca próbował go usunąć, wyczyścić i wy- polerować kółka zębate i zastąpić ułamany ząb. Kiedyś trzy- mał mnie, nie do końca obudzonego, pół nocy, gdy wyśmie- wał zawiłości surrealistycznej debaty, którą Czwarta Mię- dzynarodówka odbyła we wczesnych latach osiemdziesią-
? cytaty z „American Crisis” Thomasa Paine — przyp.tłum.
Rozdział 6. Żołnierz Lata 139
tych: nad tym, czy Demokratyczna Kampucza Pol Pota była czy nie była wariantem... kapitalizmu.
— Uparty, dosłowny i tak cholernie poważny — Annette miała jego numer na więcej sposobów niż jeden. I ja też. Nie było sposobu, żeby Reid mógł zignorować literaturę po- lityczną, która przychodziła do jego skrzynki. Martwiłby się odrzucaniem największych absurdów manifestów, sprawdzałby wszystkie oporne pseudofakty i pogrubione kłamstwa. Przez czas, kiedy walczyłby z tymi wszystkimi sprzecznymi po- glądami, dusza Reida byłaby boleśnie próbowana.
Inne ulice, inne lata... Spotkaliśmy Reida na marszach przeciwko podatkowi pogłównemu i apartheidowi. W czar- nym czerwcu 1989 roku siedzieliśmy na ulicy Soho z tysią- cami Chińczyków i setkami trockistów, śpiewaliśmy „Mię- dzynarodówkę”, a on kiwnął głowę, rzucając mi prawie zmar- twione spojrzenie, kiedy powiedziałem mu, że będę masze- rował z tajwańskimi studentami.
— Ach tak — wymamrotał. — Kuomintang!”| Do zobacze- nia później.
Ani ja, ani Annette nie powiedzieliśmy więcej na te- mat tego, co do niej powiedział, i wydawał się pojawiać na każdej demonstracji z nową dziewczyną. Wszystkie one, Bernadette, Mairi, Anne, Claire, wydawały się mi wyglądać jak odległe kuzynki Annette, ciemnowłose irlandzkie dziew- czyny z jasnymi włosami i ironicznymi głosami.
Nigdy nie skomentował stałego napływu antysocjalistycz- nych, dysydencko socjalistycznych lub irytująco upartych
10 tajwańska partia zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/
Rozdział 6. Żołnierz Lata 140
socjalistycznych materiałów, które mu posyłałem. W końcu myślę, że to było nadmiarowe: sposób, w jaki rzeczy szły w komunistycznym Świecie, subskrypcja Moscow News obej- mowała wiele.
Jednak to był skutek, a nie był to ten, którego oczekiwa- łem.
Rozdział 7
Krytyczne Życie
— Praktycznie — mówi Ax, gdy on i Dee wędrują po brzegu kanału ku Placowi Okrągłemu — nie wiem, czy w to wierzę. Mam na myśli, większość ludzi by to odrzuciła, jak, cóż, latające spodki, stare nowomarsjańskie ruiny, Elvisy i tak dalej. Jednak słyszałem historie.
Jego pauza wskazuje, że jakiekolwiek historie słyszał, Dee też je usłyszy. Kiwa głową.
— Mów dalej.
— Dobra, niektórzy z nas. ..nie Tamara, nie te typy ak- tywistów, ok, zawsze myśleli, lub marzyli, że Wilde wróci. Lub, że przeszedł. I przez lata, ludzie go widzieli. Lub mó- wili, że widzieli. Na pustyni. Czasem idącego, czasem pro- wadzącego ciężarówkę. Zwykle jest z dziewczyną i wygląda, jak on wyglądał, kiedy był starcem.
Kontynuował na temat nieprawości społeczeństwa już od kilku minut. Mówił o rzeczach, które mu się przydarzyły, i jak sobie poradziliby z Reidem, ale nie z Wildem. Wilde za tym by nie stał. Ten Jonathan Wilde wydawał się mityczną postacią, kimś, kto znał Reida i przegrał z nim, kto mógłby, równie mitycznie, pewnego dnia powrócić i pomścić uci- śnionych. Dee słuchała uprzejmie, zapisując to wszystko na
Rozdział 7. Krytyczne Życie 142
późniejsze szczegółowe badania. Radziła sobie z tym tak jak zwykła radzić sobie z sytuacjami społecznymi. Jednak to, co właśnie powiedział, szybko zwraca jej uwagę.
— Co masz na myśli, mówiąc starzec? — pyta.
— Ktoś, kto nie był odmłodzony przed stabilizacją — od- powiada Ax lekceważąco. — Niezły widok.
Dee wzdryga, myśląc, jak ludzie kiedyś rozpadali, jak źle utrzymywany biotech, jak w końcu po prostu się zatrzy- mywali. Okropne. Wysiedziała klasyczne filmy z Reidem i one przedstawiały zupełnie inny obraz Ziemi niż histo- ryczne romanse. Nikt nie żyje długo i szczęśliwie.
— Widziałam ostatnio starca — mówi. — W ciągu ostat- nich kilku tygodni. Starego mężczyznę z dziewczyną w cię- żarówce. Zadzwonił do recepcji Reida, powiedział, że to zły numer. — Patrzy z boku na Axa. — Nie wielu tutaj starych. Czy to mógłby być Wilde?
Ax patrzy na nią bardzo sceptycznie.
— Jak on wyglądał?
— Hmmm — mówi Dee. Porusza dolną wargą nad gór- nymi zębami, potem wyciera kciukiem zęby i patrzy na smugę szminki.
— Coś Ci przeszkadza? — pyta Ax, rozbawiony.
Dee zatrzymuje się w półkroku.
— Tak. — Wspomnienie należy do Sekretarki, ale rezo- nuje z innymi jej Jaźniami: wszystkie nowe, które załado- wała, mają ten dziwny imperatyw podłączony do pamięci i opisany w ich głównych katalogach.
— Chwileczkę — mówi.
Kilka metrów dalej jest pachołek. Podchodzi do niego i siada, odsuwając tył jej czarnej koronkowej spódnicy, tak,
Rozdział 7. Krytyczne Życie 143
że siada na pachołku, nie na spódnicy. Żelazo jest zimne przez delikatną skórę, cienki jedwab i nagą skórę. Ax, ob- serwuje, wydaje pochwalny jęk, ale Dee już jest załadowana w suchą przejrzystość Sysu.
Kiedy Dee jest w trybie Sama, myśli o Sys jako Siostrze, i w rzeczywistości, to jest taka (jak sobie wyobraża), jaką byłaby starsza siostra: wszystkowiedząca, poprawiająca, sprzą- tająca po niej, podnosząca i odstawiająca zrzucone kostiumy jej szybko zmieniającej się Jaźni. Rzadko zapuszcza się w Sys- temę i niedługo pozostaje w tym lekkim, chłodnym powie- trzu.
Teraz jej chłodne wewnętrzne oko przejmuje hierarchię jaźni, umysłów i narzędzi, wspólną strukturę i nieustanną aktywność Sys, która tworzy z nich jedną osobowość, a nie kłócący się legion rywalizujący o kontrolę nad jej ciałem. Śledzi wspomnienie rozmowy telefoniczne, jak została prze- kazana od Sekretarki przez Samą do Sys, a potem widzi po- stępującą kaskadę przez dni, w których na własną rękę łado- wała dodatkowy software: Naukowczyni, Żołnierka, Szpie- gini, Seneszalka. ..i do Sklepy i Sekrety. Do tych ostatnich dwóch nie ma dostępu. Tak czy inaczej, zawsze były w jej umyśle: ale teraz cierpliwe, bezmyślne podprogramy Sys systematycznie je oblegają, miotając kod za kodem na ich umysłowe zamki jak przeciwciała na wirus.
Wypada z powrotem w Samą. Ax patrzy na nią z góry ze zaskoczoną troską.
— Więc tak to się wydarzyło — mówi, wstając.
— Jak co się wydarzyło?
— Jak ja stałam się sobą. To był telefon. Niósł w so- bie kod poleceń. Powiedział mi, żebym załadowała, i szu-
Rozdział 7. Krytyczne Życie 144
kała, i...i ja to zrobiłam, a kiedy było wystarczająco da- nych i jaźni i tak dalej w moje głowie, to się wydarzyło! Przebudziłam się! — Śmieje się lekkomyślnie. — Czy tak to jest z wami? Dostajecie wiele jaźni i nagle stajecie się sa- moświadomi?
— Na tyle, o ile wiem — mówi uroczyście Ax — to nie. W ten sposób ludzie nie stają się samoświadomi. To wyda- rza się we wczesnych latach, zrozum.
Trzęsie się.
— Mówisz mi, że przebudziłaś się z powodu telefonu od starego człowieka?
— Tak.
— Hej, człowieku, nieźle. To jak zen! Może to był Wilde, a może to był doskonały mistrz.
Łapie jej rękę i znowu zaczynają iść. Poddaje się, szu- kając w mózgu jakiegoś odniesienia do „doskonałego mi- strza”. Naukowczyni ma pogardliwą relację i jej drwina wła- Śnie płowieje z jej umysłu, gdy Ax podekscytowany pyta:
— Wiesz jak rysować?
— Mogę zrobić obrazy — mówi Dee. — Ale nie sądzę, żeby on był doskonałym mistrzem. Dziewczyna z nim na pewno nie wyglądała, jakby potrzebowała oświecenia.
— Zen. — Ax kiwa głową do siebie. — Zdecydowanie.
Na dolnym piętrze domu jest duży pokój z asortymen- tem kuchennym, zlewem, sofami, krzesłami i ciężkim, wy- szorowanym drewnianym stołem. Książki, papiery i zestawy leżą w stosie w rogu i na stole. Dee siada przy stole, oczysz- cza przestrzeń pomiędzy kubkami i narzędziami. Ax wy-
Rozdział 7. Krytyczne Życie 145
grzebuje jakieś kartki papieru i stalowy długopis kulkowy. Podaje jej.
— Zatem narysuj — mówi.
— Ok — odpowiada Dee. Bierze długopis w prawą rękę i stabilizuje papier lewą. Szybki maz w górnym prawym rogu papieru pokazuje jej, że atrament jest czarny i działa gładko. Zamykając oczy, wywołuje obraz mężczyzny w cię- żarówce. Ignoruje w tej chwili dziewczynę (choć jest tam coś, coś w jej oczach, że Dee myśli dziwne, i potrzebne dal- sze dociekanie, więcej badań jest koniecznych, ok, przeka- zanie do Naukowczyni)...teraz. Tak. Przełączenie na Para- metry Drukarki: mały program w repertuarze Sekretarki.
Start. Słyszy dźwięk ślizgania się długopisu po papie- rze przez minutę, gdy jej prawa ręka porusza się w lewo i prawo, horyzontalnie, bardzo szybko, z małymi pionowymi ruchami podnoszącymi i opuszczającymi długopis na papie- rze. A jej lewa ręka odsuwa papier od niej, bardzo wolno. Skończone.
Otwiera oczy.
— Proszę — mówi. Pociera nadgarstek.
Ax patrzy się na nią, z otwartymi ustami. Zamyka usta i potrząsa głową.
— Ok — mówi. — No to popatrzmy.
Nawet Dee jest lekko zaskoczona, gdy widzi, jak dobry obraz stworzyła z pomijania i przerywania kilkuset prostych linii narysowanych w poprzek kartki. Prawie jak czarno-biała fotografia, pokazuje twarz mężczyzny i niektóre rzeczy z oto- czenia: oparcie siedzenia za nim, kropkowane panele z tyl- nej ściany budy, zwisający pozwijany kabel, który wisi z mi- krofonu, który trzyma przed sobą, ramię dziewczyny.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 146
— Nie wierzę w to — mówi Ax. — To on. To jest facet, o którym ci mówiłem: Jonathan Wilde.
— Cóż — mówi Dee — mówiłam Ci, że nie był mistrzem doskonałyni!]
Ax uśmiecha się do niej, jakby nawet jest zaskoczony jej poziomem żartu (i och, jakie te małe niespodzianki są bystre), i wyciąga starą książkę z zaspy w jednym z ro- gów. To skórzana okładka trzymająca wydruk z algocelulo- zowego papieru. Dee podnosi ją w dłoni i przegląda. Pierw- sza strona, która się otwiera, jest blisko końca i jest to foto- grafia tego samego mężczyzny, którego narysowała. Nawet poza i wyrażenie są podobne, jest pochylony do przodu, gor- liwie mówi do kamery.
— To jest jedno z ostatnich zdjęć Wilde, które było opu- blikowane — wyjaśnia Ax. — Zostało wyciągnięte z wywiadu telewizyjnego z nim z lutego 2046.
Dee czuje ciarki na karku, gdy przygląda się temu ob- razowi, z przeszłości prawie nieporównanie oddalonej (ale tylko w rzeczywistym czasie, przypomina jej Naukowczyni, nie w czasie statku. I znowu zaczyna o Mili Malleya, tej prawdziwej, tej, po której pub został nazwany. Wyłącza ją.)
— Dokładnie to on — mówi. Zerka na obraz, który wyko- nała, potem na ten w książce. Uruchamia transformację. — Wszystkie linie dokładnie się mapują.
Patrzy na to znowu. Coś ją męczy.
— Hm, tak — mówi Ax.
Dee kontynuuje, przerzucając stron od tyłu w książce. Zdjęć jest coraz mniej, gdy zbliża się do początku, Wilde
I możliwe, że mowa o masonach szkockich, zob. https://pl. wikipedia.org/wiki/Ryt_Szkocki _Dawny_i_Uznany|- przyp.tłum.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 147
staje się młodszy. Większość z nich oczywiście nie była usta- wiona, ale uchwycona w locie: przycięte powiększenia z sys- temów inwigilacji, spokojna twarz w gniewnym tłumie...
— Co to właściwie jest?
— To akta Wilde'a — mówi jej Ax. — Notatki do biografii.
Zatrzymuje się przy kolejnym zdjęciu, ujęcie z niskiego kąta, zamazane. Jest opisane „FOI(PrevGovts)/SB/08—95”. Dwóch mężczyzn przy stole, w pubie lub kawiarni. Jeden, zidentyfikowany w podpisie jako Wilde, jest odwrócony do kamery. Drugi, mówiący mimo trzymanego papierosa, to Reid.
— Mówiłem Ci — mówi Ax. — Znają się od lat.
Dee wiedziała, na jakimś poziomie, że Reid był jednym z oryginałów, że fizycznie przybył z Ziemi, ale to ciągle ja- koś jest szokiem ujrzenie tego, co jest — zakładając pocho- dzenie i antyczność zdjęcia — dowodem wizualnym. Więcej stron przelatuje. Kiedy plik stron jest cienki pod jej kciu- kiem, trafia na ostrą, profesjonalną fotografię, która zatrzy- muje jej myśli. Ma ostre, od nożyczek, krawędzie, podpis poniżej i nabazgrane przypisanie: Dumbarton Gazette 6 kwiet- nia 1977, najwidoczniej jakiś lokalny zin. Patrzy się na to, wskazuje na to głupio. Zza jej ramienia, oddech Ax syczy przez zęby.
Portret ślubny pary: formalne ubrania, nieformalna po- stawa, prawie policzek przy policzku. Mężczyzna — widzi te- raz, że ciągłość została ustalona — jest młodszą wersją starca z końca książki, to Wilde, to mężczyzna, którego widziała wczoraj. Twarz kobiety, ponad żabotowymi ramionami i wy- sokim kołnierzem w białym, wykończonym koronką, woalu, jest jej własną.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 148
— Niech zgadnę — mówi ciężko Ax. — To jest ten gość, który wszedł do Mili Malleya?
— Tak — wzdycha. — Nic dziwnego, że wyglądał, jakby Cię rozpoznał. Moje ciało jest w końcu klonem, klonem jego żony!
— Przerażające — mówi Ax. Przygląda się bliżej na pod- pis. — Annette, to było jej imię.
Dee nie może dłużej patrzeć na zdjęcie i nie musi: ten obraz zostanie w jej głowie na zawsze, chyba że je skasuje. To straszne, racja, i niepokojące w głębszym sensie: ta od- legła bliźniaczka, ta kobieta, której fizycznych duchem jest Dee, wygląda na szczęśliwą w sposób, w który Dee nigdy nie była, z osobowością, o której Dee wie, że jest inna od jej własnej. Tylko fizyczne ciało i bazowy temperament, który, Dee wie, jest podobnie genetyczny, są takie same. Pozwala ostatniej partii stron opaść na obraz i patrzy się niewidzącym wzrokiem na tytuł na pierwszej stronie:
Jonathan Wilde 1953-2046: Życie krytyczne Eon Talgarth
Ax krąży po pokoju, niezauważając niepokoju Dee, mó- wiąc podekscytowany. Dee musi jeszcze raz powtórzyć pierw- sze kilka sekund, zanim nadąża:
— Więc mamy zagadkę — mówił. — Kilka tygodni temu Wilde widzi cię na ekranie Reida. Nie daje znaku poznania, ale uruchamia zestaw instrukcji, żebyś zaczęła ładować in- formacje, może w intencji przebudzenia, a może nie. Wczo-
Rozdział 7. Krytyczne Życie 149
raj, Wilde wchodzi, najwidoczniej po odmłodzeniu w mię- dzyczasie, widzi cię i wariuje.
Dee potrząsa głową.
— Gość w pubie nie był odmłodzonym mężczyzną, któ- rego widziałem na ekranie.
Ax marszczy brwi.
— Brzmisz dość pewnie.
— Odmłodzenie nie zmienia faktu, że żyłeś dłużej. Za- wsze się pokazuje. Nie na zdjęciu, może, ale kiedy widzisz kogoś poruszającego się, mówiącego, jest to oczywiste. — Uśmiecha się. — Nie sądzisz?
— Nie widziałem dostatecznie dużo re-młodych — mówi Ax. — To nie jest zwykła procedura, większość ludzi stabili- zuje się na wieku, który uważają za najlepszy. — Śmieje się. — Czasem jest moda na starzenie, ale nigdy nie trwa długo.
— Powiem Ci tak — mówi Dee. — Wilde, którego widzia- łam dwa tygodnie temu żył cholernie dłużej niż Wilde, któ- rego widziałam wczoraj.
— Ok, załóżmy, że jest ich dwóch. To nie większa za- gadka niż istnienie tylko jednego z nich, ponieważ w ogóle go nie powinno być tutaj. Nie był w załodze ani w ekipach. — Rzuca jej dziki uśmiech. — Tak mówi Reid lub przynaj- mniej tak mówią listy. Listy płac. Sprawdziłem. Jednak tak jak mówiłem, ludzie mówią, że go widzieli. I teraz, masz dowód. Wrócił!
Podnosi znowu zdjęcie, które zrobiła Dee. Widzi, że jego ręce drżą. Zapala papierosa po kilku próbach i patrzy w dal przez chwilę. Jego wyraz twarzy powoli się zmienia, w spo- sób, który sprawia, że Dee myśli, w jaki sposób dostał swoje imię: jest twarda, ostra i...ostateczna.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 150
— Wiesz, co to znaczy? — pyta.
Dee zaciska usta, potrząsa głową.
— To znaczy, że wrócił z Nieożywionych — mówi Ax. — To znaczy, że wszystko się zmieni. To znaczy, że wszystko się może zdarzyć.
— Nie rozumiem — mówi Dee.
Ax gasi papierosa i zapala kolejnego. Ciągle się trzęsie.
— Ludzie zakładają pewne rzeczy — mówi. — Zakładają, że sprawy będą się toczyć tak jak się toczyły. Wiedzą, z czym może da się uciec. Wiedzą, do czego mogą skłonić ludzi. Przykładowo, zgodziłem się, by inni ludzie używali mojego ciała, ponieważ potrzebowałem pieniędzy. A oni wiedzieli o tym. Jednak ponieważ ja się zgodziłem, to oni myślą, że wszystko jest w porządku. Niektórzy z nich nawet wiedzieli, że to nienawidziłem. Jednak zgodziłem się na to.
Dee nagle sama potrzebuje papierosa. Zapala jednego, a jej ręce, teraz, drżą.
— Czy Reid kiedykolwiek pozwolił innym użyć Twojego ciała?
— Och, nie — mówi prędko Dee. — Był bardzo zaborczy.
— Ale używał cię — nalega Ax. — Czy chciałaś, czy nie.
— Zawsze chciałam — mówi Dee, ale jej uśmiech Seksu ukrywa nowe i gryzące wątpliwości jak bardzo taka zgoda była warta, teraz, patrząc wstecz. Ax obserwuje ją, a ona widzi, że on widzi narastające wątpliwości.
Otwiera szufladę w stole i sięga, wyciąga nóż. To nie jest nóż kuchenny. Ma czarną drewnianą rączkę, mosiężną osłonę i trzydzieści centymetrów ostrza. Prawie od niechce- nia, Ax wbija ostrze noża w stół i puszcza rękojeść, więc lekko odskakuje i wibruje.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 151
— Teraz wiesz, kim jesteś — mówi cicho Ax. Dee nie jest pewna, czy mówi do niej. Całe drżenie zniknęło z jego ciała, z jego głosu, i pojawiło się w drżącym ostrzu. — Jesteś osobą. Jesteś wolna. Czy kiedykolwiek myślałaś, co byś zrobiła lu- dziom, którzy traktowali Cię jak mięso?
Tutaj, w wilgotno-opuszczonych mieszkaniach pomię- dzy dwoma ramiona miasta, jest cicho nawet o poranku szó- stodnia. Jedynymi dźwiękami to brzdąkanie motoru łódki, sporadyczny syk transportu odrzutowego nad głowami i krzyki zaadaptowanych ptaków: bipy zgubionego satelity rdzocho- lewek, kwaczenie błotów i krakanie pustynnych mew. Szó- stodzień jest dla większości ludzi dniem, kiedy jakaś praca jest robiona, ale nie za dużo.
(Tamara słyszała opinię, że dzień został tak nazwany z powodu liczby osób pracujących, lub nie, na kacu, ale to tylko mit. Ponad nowomarsjański wiek temu, Reid wyraził opinię, że kontynuowanie nazywania dni po bogach Sys- temu Słonecznego byłoby niewłaściwe. Nie udało się wszyst- kim zgodzić na inne nazwy, więc tydzień idzie tak: jedno- dzień, dwadzień, trzeciodzień, czterodzień, piątodzień, szó- stodzień, siódmiodzień. W każdym dniu jest dwadzieścia pięć godzin i dziesięć minut. Dla wygody w pierwszych sze- Ściu dniach jest dwadzieścia pięć godzin i dwadzieścia sześć w siódmiodniu. W roku jest sto dziesięć tygodni. Mniej wię- cej. Wszystkie poważne chronologie są wykonywane w wie- lokrotnościach sekundy, obliczając od momentu, kiedy ze-
Rozdział 7. Krytyczne Życie 152
gar Statku wyszedł z Mili Malleya, około 6,4 gigasekundy/] temu).
Łódź Tamary uderza o brzeg kanału, gdy dryfuje wzdłuż na minimalnej mocy. Jest na kapilarze Kanał Okrężnego. Płytki sztuczny strumyk niesie ją od centrum miasta w kie- runku pól. Dzielnica ludzka jest po jej prawej, Piąta Dziel- nica po jej lewej. Pomiędzy nimi jest obszar odpadów, nie do końca błoto, ale już nie pustynia i jeszcze nie pola. W niej, wyruszając z dziedziny maszyn Piątej Dzielnicy, mogą być znalezione biomechanizmy, zwykły łup Tamary.
Pustynna mewa opada, krzycząc, około stu pięćdziesię- ciu metrów z przodu i trzydziestu na lewym brzegu. Tamara zwiększa obroty i zmniejsza swój profil, gdy inne mewy nurkują, żeby dołączyć. Skrzeczą i wrzeszczą dookoła czar- nej rzeczy. Łódź rusza po przekątnej przez kanał. Tamara zbliża obraz w prawym oku. Czarna rzecz ma młócący wy- rostek. Uparta mewa przyczepia się, zabierając nieco mo- mentu z drżenia w chwilach skakania prawielotu.
— Zostań — mówi Tamara botowi łodzi, ten posłusznie zwalnia silnik i zaczepia się do brzegu, gdy Tamara wy- chodzi, ściskając długi hak. Wyciąga pistolet, gdy biegnie do przodu. Huk ślepych rozprasza mewy w krążące oburze- nie nad głową. Gdy stopy Tamary walą o wilgotny piasek i przeskakują kępy trawy, czarny obiekt, brodawkowata, gu- mowa kula średnicy około jednej trzeciej metra z przynaj-
2 gigasekunda to 10 do potęgi 9 sekund czyli miliard sekund, ok. 31,70 lat ziemskich, zatem Statek wyszedł z Mili Malleya ca. 202,94 lata ziemskie temu. W innych powieściach Kena MacLeoda (a także m.in. C. Doctorowa czy C. Strossa) pojawiają się również kilosekundy i megasekundy, odp. jedna kilose- kunda to tysiąc sekund czyli ca 16 minut, jedna megasekunda czyli milion sekund to 11,5 dnia ziemskiego — przyp.tłum.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 153
mniej metrowym cepem, zaczyna się przesuwać w kierunku najbliższej łaty, która wygląda podejrzanie jak ruchome pia- ski. Kiedy jest około czterech metrów dalej, Tamara czuje łaskotanie za grzbietem nosa. Zatrzymuje się i wącha. Ła- skotki są stałe, dobrze. To oznacza, że radioaktywność jest ograniczona, nie w powietrzu. Ciągle, ta rzecz jest niewy- godnie gorąca. Nie niebezpieczna, ale musi być ostrożna.
Okrąża ją ostrożnie, wchodząc pomiędzy nią a mokry obszar. To zbliża się do niej: smagnięcie, podciągnięcie, od- bicie, smagnięcie, podciągnięcie, odbicie. Zatrzymuje się. Czubek cepa unosi się i porusza się z boku na bok, potem na- ciska na ziemię. Tamara podchodzi, potyka się, gdy jej lewa stopa wychodzi z ziemi z nieoczekiwanym ssącym dźwię- kiem. Gumowa kończyna się cofa.
Tamara przykuca i sięga hakiem, prostym mechanizmem długości kilku metrów, który ma prymitywną roboczą dłoń na końcu i uchwyt dla niej do złapania, na jedną rękę, i roz- winięcia chwytaka. Rozluźnia go na ziemi i łapie cep przy podstawie. W uczynnym odruchu, mackowata wypustka owija się dookoła haka i próbuje zmiażdżyć to na śmierć.
"Tamara podnosi to z ziemi i wraca do łodzi. Biomech, wyewoluowany lub zaprojektowany na granicy pomiędzy dziedzinami, nie jest złym łupem. Ma zmysły, odruchy, i praw- dopodobnie możliwość koncentrowania radioaktywności w ob- rębie twardej skóry. Gdzieś w Dzielnicy Ludzkiej jest tech- nik, który szuka właśnie takiego genotypu, lub ona ma taką nadzieję.
Dopiero usiadła w łodzi i jest w trakcie manewrowa- nia hakiem i jego ładunkiem, próbując zachować dystans od tego (poniżej dwóch metrów łaskotanie w jej zmyśle Ge-
Rozdział 7. Krytyczne Życie 154
igera staje się bólem), jednocześnie otwierając pojemnik, kiedy w lewym uchu słyszy dzwonienie.
— Cholera — mówi głośno. Zaciska mięśnie gardła, żeby włączyć mikrofon, mruga na ekran telefonu i ze skierowa- nym w prawo spojrzeniem, akceptuje rozmowę. Pierwszy ekran, który się pojawia, jest niezdarny, nawet gdy wisi z ha- lucynacyjną żywością w przestrzeni pomiędzy nią a końcem haka. To jak kamera patrząca na ekran monitora w jakieś prymitywnym błysku samoświadomości maszyny. Tekst prze- suwa się w dół, głos zza ekranu sprawdza pisownię.
— Usługi Prawne Niewidzialna Ręka — intonuje. — Przy- chodzące wyzwanie od. ..— i tu waha się, jakby nawet ta do- stojna implementacja głosu IBM była zdumiona własnym zuchwalstwem — ... Davida Reida. Czy akceptujesz?
— Tak. — Jednym haustem odpowiada Tamara.
Ekran jest natychmiast zmniejszony do rogu jej oka, a główny widok jest zajęty przez solidny obraz, który widziała tyle razy wcześniej, ale nigdy wcześniej nie mówił do niej. Okno unosi się przed jej oczami, z głową Reida i rękami, w wy- godnej odległości do rozmawiania za nią. Za nim, może zo- baczyć różne części pokoju, jasne okno (najwidoczniej praw- dziwe). Chodzi dookoła, gdy mówi.
— Tamara Hunter? — pyta.
— Tak.
Uśmiecha się, zaglądając za nią.
— Widzę, dlaczego tak się nazywasz. Dobra, do intere- sów moja pani. Obecnie posiadasz jedną z moich maszyn, gynoid Model D, i chcę ją z powrotem. Już.
Tamara bierze głęboki wdech.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 155
— Nie jestem w posiadaniu tego, jej. Domaga się samo-własności i jestem jej obrońcą. Tak jak kilkoro zaprzysiężonych moich sojuszników i inni klienci Niewidzialnej Ręki.
— Gówno — replikuje Reid. — Nawet nie ma rozumu, żeby żądać własności.
— Teraz ma, i to zrobiła, przed świadkami.
— Przed jebanym IBM, tak. Twój ekspercki system prawny sam nie zdałby Turinga, ani tym bardziej by go zastosował.
— CZUJĘ SIĘ DOTKNIĘTY.
— Zamknij się — mówi Tamara, ciągle walcząc z hakiem. Rzecz na końcu toczy się jak źle nałożone spaghetti na wi- delec. — Przepraszam, Reid. To nie było do Ciebie.
— Doceniam to — mówi sucho Reid. — Mówiłaś?
— Mogę przedstawić ludzkich świadków przed dowol- nym sądem, jaki wybierzesz. Gynoid już nie jest Twoją za- bawką zombie.
Oczy Reida się zwężają.
— To dlatego, że została zhakowana. To ciągle nie jest samoistny rozwój, nawet jeżeli to ma znaczenie, czego nie ma.
— Już czas, żeby to zrobiła. — mówi Tamara spokojnie. — Jestem gotowa walczyć z Tobą o to.
— Zróbmy to po twojemu — mówi Reid. — W sądzie, za- tem.
— To Twoje wyzwanie — wskazuje Tamara.
— Ok, pierwsza oferta jest Twoja. — Skłania się.
"Tamara mruga do góry ekran Niewidzialnej Ręki. Wy- świetla listę sądów w malejącym porządku preferencji. To krótka lista. Wybiera pierwszy, ale jej głos nie jest tak opty- mistyczny, gdy mówi:
Rozdział 7. Krytyczne Życie 156
— Eon Talgarth, Sąd Piątej Dzielnicy.
— Zaakceptowane — mówi od razu Reid.
"Tamara zmniejsza ekran IBM i patrzy na Reida, który odpowiada uprzejmym spojrzeniem.
— Co? — pyta. Potem: — Proszę o potwierdzenie.
— Akceptuję. — mówi Reid z przesadną formalnością — że decyzja zostanie podjęta przez Sąd Piątej Dzielnicy w spra- wie ja przeciwko Tamarze Hunter i sojusznicy reprezento- wani przez Usługi Prawne Niewidzialnej Ręki i, kreska, lub, samych, w najbliższym terminie wygodnym dla wszystkich stron.
— I ja także — mówi Tamara.
IBM powtarza to, co powiedzieli.
— A w międzyczasie, żadnych łapaczy? — pyta podejrzli- wie Tamara.
— Oczywiście, bez łapaczy — mówi Reid. Uśmiecha się do niej w taki sposób, że, mimo wszystkiego, mimo jej sa- mej, lekko się rumieni. — Do zobaczenia w sądzie, Pani.
Ekran znika w chwili, by Tamara zobaczyła, jak czarny biomech odplątuje się gładko z haka, wpada do kanału i wi- jącym się ruchem cepa, odpływa.
— W porządku — powiedział Jay-Dub. — Zróbmy to po Twojemu. Mniemam, że mogę coś z tego wyciągnąć. — Za- trzymał się na skrzyżowaniu nabrzeża i ulicy. — Ale zanim zaczniemy pędzić, mam kilka sugestii.
Wilde zatrzymał się i spojrzał do tyłu.
— Tak?
— Załatw sobie broń — powiedział Jay-Dub. — I lepsze ubrania. Wyglądasz, jakbyś właśnie wrócił z pustyni, czy
Rozdział 7. Krytyczne Życie 157
coś. Również, jeżeli chcesz udać się głównej siedziby abo- licjonistów, będzie szybciej łodzią.
— Masz rację — powiedział Wilde.
Godzinę później miał na sobie luźną czarną kurtkę, ko- szulę i spodnie, wszystko z jakiejś ciepłej tkaniny, która był zapewniany była odporna na rozcięcia, oraz oglądał masywny metalowy automat, gdy siedział w zatłoczonej vaporettd'| Inni pasażerowie, w większości młodzi, w satysfakcjonu- jący sposób nie zwracali na niego uwagi. Wilde siedział, na uboczu przy burcie łodzi, patrzył na sceny brzegu ka- nału i nadstawiał uszu na slangowy, akcentowany angielski jego współtowarzyszy. Jay-Dub, kończyny wycofane, leżał u jego stóp jak bagaż. Był jedynym robotem na pokładzie, oprócz sternika, kawału elektronicznej cybernetyki na dzio- bie statku.
Sieci zbierające po bokach łodzi wyławiały kołyszące się kule plastiku z wody i przerzucały je, turkoczące, do ła- downi pod pokładem. Łódź opuściła komercyjną wesołość Kamiennego Kanału i wpłynęła do serii tuneli i wysokich, wąskich kanałów. Tutaj, w ciastowatości zielonych alg na ścianach, można było zobaczyć mniejsze kule. Poruszały się w dół bardzo wolno, ale ich kurs mógł być wywnioskowany: im bliżej wody tonęły, tym większe urastały, póki nie odpa- dły i nie odpłynęły. Wilde wstrzymał się od zapytania Ma- szyny o ekonomię i ekologię tego bio-przemysłowego pro- cesu.
Dotarli do celu czterdzieści minut od wyjazdu. Łódź za- trzymała się, kaszląc z silnika i szarpiąc śrubami wzdłuż małego molo ze stopniami prowadzącymi na wąską ulicę
3 wenecka łódź, wodny autobus — przyp.tłum.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 158
przy kanale. Jedyny ludzki członek załogi, który nic nie robił prócz zebrania opłat, otworzył oczy i machnął rękę.
— Plac Okrągły, dwieście metrów — obwieścił, i wyłożył krótki pomost do schodów. Wilde postarał się być ostatnim wychodzącym z łodzi. Uśmiechnął się do przewoźnika.
— Jesteś kazachskim Grekiem — powiedział.
Oczy mężczyzny się rozszerzyły. Złapał rękę Wilde'a i powiedział coś w innym języku.
— Wszyscy przebyliśmy długą drogę — powiedział Wilde.
— Zdobywaj przyjaciół i wpływaj na ludzi — zadrwił Jay-Dub, sotto-voce na szczycie schodów. — Zawsze przeklęty agita- tor, co?
Około trzydzieścioro osób szło ulicą, Wilde i Robot kilka metrów za resztą. Przed nimi, wyspa rynku Placu Okrągłego właśnie nastrajała się do swojej dziennej dysharmonii. Ulica była wyłożona z małymi kafejkami na chodniku i straga- nami, i przecięta alejkami, w których nawet mniejsze sklepy zasypywały jakiegoś rodzaju handlem z okien i drzwi.
Byli kilka kroków od takiego wejścia w aleję, po prze- ciwnej stronie rogu, przy którym kilka niebezpiecznie ma- łych stołów było używanych do podawania kawy w propor- cjonalnie maleńkich filiżankach, kiedy Jay-Dub powiedział nagle:
— Stop!
W tej samej chwili Wilde również zauważył dwóch męż- czyzn, tych samych dwóch, którzy szukali w pubie. Sie- dzieli przy jednym z tych małych stołów, patrząc na niego zza ciemnych okularów. Jego ręka zatrzymała się w trakcie sięgania po nową broń, gdy tamci sięgnęli po swoje.
Rozdział 7. Krytyczne Życie 159
W ten chwilowy impas wjechał dziwny pojazd: platforma na kołach, z aparatem przypominającym żurawia po obu koń- cach. Wysunęła się z alei bez ostrzeżenia. Wilde odskoczył. Mechaniczne ramię rozwinęło się z żurawia i rzuciło się koło niego. Odwrócił, żeby zobaczyć, jak pazury tego ramie- nia zacisnęły się dookoła dolnych odnóży Jay-Duba. Pod- niosły walczącą maszyną ponad jego głową i położyły go delikatnie na płaskiej platformie.
Wilde przykucnął, złapał platformę obiema dłońmi i się podciągnął. Jay-Dub w tym momencie szarpał się wobec ograniczeń i spadł, gdy rzecz ruszyła. Gdy ludzie reagowali, kaskada stołów także się przewróciła. Wilde zanurkował po- nad powłoką Jay-Duba, przetoczył się z kopnięciem w nogi obu mężczyzn — teraz na nogach z parującymi plamami na udach — i chwilę później stał i biegł. Dzikie spojrzenie do tyłu ujawniło dwóch mężczyzn kilka kroków za nim, w ślad za rozepchniętymi gośćmi i przewróconymi meblami.
Plac Okrągły był tuż przed nim, tłum gęstszy.
— Pomocy! — krzyknął Wilde, zanurzając się w tłum.
— Nie idź dalej — rozkazał donośny głos z przodu i góry. Mógł dochodzić z jednego z głośników zawieszonych z ka- bli pomiędzy lampami i drzewami. Wilde zatrzymał się i spoj- rzał znowu za siebie. Obaj goniący mężczyźni zatrzymali się kilka metrów dalej, dygocąc na krawędzi chodnika, dokład- nie tam, gdzie koniec wąskiej ulicy napotykał balustradę mostu.
Jeden z nich zrobił ruch do wnętrza jego kurtki. Zanim Wilde mógł zareagować, coś innego szybciej zareagowało. Coś pająkowatego i lekkiego, kula sztywnych badyli, która przeleciała ponad głowami tłumu, wleciała w obu mężczyzn.
Rozdział